tytuł


Recenzje młodzieżowe - bo młodzież też lubi czytać!

środa, 24 sierpnia 2016

"Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie" - Jessica Knoll - recenzja

Okładka książki Najszczęśliwsza dziewczyna na świecieTifAni FaNelli ma wszystko. Kobieta sukcesu to o niej mało powiedziane:

Narzeczony? - Przystojniak z bogatą kartą kredytową.
Pierścionek zaręczynowy? - Nie każdego celebrytę byłoby na taki stać.
Kariera? - Redaktorka magazynu Women's Magazine w rubryce o seksie.
Mieszkanie? - Apartament na Manhattanie.
Tajemnica? - Jest.

TifAni FaNelli bardzo stara się być idealna i perfekcyjna. Z profesjonalnym uśmiechem oraz olśniewająco białymi zębami kreuje swoją własną rzeczywistość. Stwarza iluzje dotyczące siebie samej. Przecież nie może pokazać innym, że ma jakieś słabości. Dlatego dostosowuje się do rozmówcy, perfekcyjnie ubiera, dba o najmniejsze drobiazgi. Ludzie uważają ją za najszczęśliwszą dziewczynę na świecie. Czy może jej czegokolwiek brakować? Czy na tej pięknej powłoce może pojawić się jakaś rysa?

Zachowanie Ani jest uwarunkowane przez jej przeszłość. A dokładnie przez wydarzenia, które miały miejsce 14 lat temu, gdy dziewczyna chodziła do szkoły średniej. Ale co takiego się wydarzyło? Ta zagadka jest z czytelnikiem prawie do ostatniego zdania. Napięcie rośnie tym bardziej, że do najszczęśliwszej dziewczyny zgłasza się stacja telewizyjna, która chce nakręcić film dokumentalny na ten temat. Czytelnik denerwuje się coraz bardziej. O co chodzi? Jakie wydarzenie było aż tak straszne, że zainteresowała się nim telewizja?  Przecież 14-letnia Ani to była otyła nastolatka z kompleksami, która wcale nie należała do szkolnej elity... A wręcz przeciwnie. Należała do grupy wyrzutków, którzy jedynie mogli pomarzyć o byciu w blasku fleszy, czy po prostu na szczycie hierarchii szkolnej popularności. Z tego, powodu życiowym celem Ani stało się stworzenie idealnego obrazu siebie, dzięki któremu pokaże światu, że nie jest już tamtą pulchną dziewczyną.

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie to opowieść, która na długo zostaje w pamięci czytelnika. To jedna z tych pozycji o których myśli się jeszcze przez jakiś czas i zastanawia nad życiem bohaterki, a także swoim własnym. Ani to mistrzyni iluzji. Tak naprawdę jak i my. Kto z nas nie stara się sprawiać wrażenia człowieka sukcesu? Myślę, że wielu z nas kreuje się na szczęśliwców. W dzisiejszym świecie nie ma miejsca na słabość, brzydotę czy chorobę. Wszystko musi być idealne. Dużą zaletą tej książki jest to że piętnuje dzisiejszy materializm oraz miłość do perfekcyjnej powłoki, a ujawnia prawdę, czyli fakt, że życie wcale nie składa się najlepszych ubrań, pieniędzy, kosztownych aut i genialnych zdjęć na Instagramie.
     
Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą pozycją, bo nie sądziłam, że można tak dobrze scharakteryzować bohaterkę. Bo Ani to nie tylko powierzchowna materialistka i zimna kobieta bez serca. Nie. Ona jest przede wszystkim zagubioną w świecie dziewczyną, która próbuje żyć mimo tragicznych wydarzeń. Autorka pokazuje nam na jej przykładzie, że nie można odciąć się od swojej przeszłości, bo to ona nas kształci, więc albo ją zaakceptujemy i damy sobie radę lub po prostu będziemy się męczyć całe życie. Z swoim życiem trzeba się pogodzić, ale i nie tracić wiary w swoje marzenia.
     
Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie to książka, którą czyta się bardzo szybko, mimo, że tematyka nie należy do najłatwiejszych. Im bardziej zagłębiamy się w fabułę, tym akcja staje się mroczniejsza i bardziej tajemnicza. Uśmiech nie zawsze znaczy zadowolenie. Częściej jest to symbol kłamstwa. Czytelnik próbuje odgadnąć, kto jest dobrą postacią, a kto jedynie udaje życzliwość. Jest to jednak trudne, ze względu na pogłębione portrety psychologiczne bohaterów. To dodatkowa zaleta powieści, że nie jest taka oczywista.
     
Ani podjęła w końcu decyzję, którą mam nadzieję poznacie, po lekturze tej książki. I my Czytelnicy, nie bójmy się krzyczeć o nasze marzenia.
      
Jessica Knoll rzuciła pracę w Cosmopolitanie, by napisać debiutancką powieść. Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie błyskawicznie znalazła się na szczytach bestsellerów, została okrzyknięta najgorętszym debiutem roku i otrzymała nominację do prestiżowej Nagrody im. Edgarda Allana Poe. Reese Whitherspoon pracuje już nad ekranizacją książki.


Nikki, 18 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

"Skradzione życie" - Allen Eskens - recenzja

Okładka książki Skradzione życie

Allen Eskens to autor powieści kryminalnych, znany głównie z nagrodzonej wieloma wyróżnieniami książki "Pogrzebane życie".

Detektyw Alexander Rupert przechodzi ostatnio ciężki okres - jego życie zawodowe i prywatne zaczyna się rozpadać, a on nie potrafi sobie z tym poradzić. Żeby odciągnąć swoje myśli od problemów, podejmuje się rozwiązania z pozoru łatwej sprawy mężczyzny, który zginął w czołowym zderzeniu z innym samochodem. Podawał się on za Jamesa Putnama - przynajmniej pod takim nazwiskiem znali go znajomi i narzeczona. Gdy jednak zdjęcia ciała zostają wysłane do brata Putnama, ten z całą pewnością zaprzecza, że kiedykolwiek wcześniej widział tego mężczyznę.
Alexander dążąc do odpowiedzi, coraz bardziej zagłębia się w tajemnicach przeszłości, która nigdy nie powinna zostać odkryta...
I może to zagrozić nie tylko jemu.

"Skradzione życie" posiada wszystkie cechy dobrej powieści kryminalnej - zagadka do rozwiązania, szybkie tempo akcji, broń, krew, po drodze zmysłowa kobieta lub dwie. Niewiele brakowało, żeby odłożyć ją na półkę z piątką w dzienniku - a konkretnie pewnych elementów, które tworzą podziwiane przez ludzi bestsellery. Rozwinięcie niektórych wątków. Odkrycie emocji bohaterów, choćby w małym stopniu. Więcej opisów, które nadałyby całości rumieńców. Tego czegoś, co sprawia, że o książce się pamięta.

Z drugiej strony, można uznać tę surową prostotę za celowy zabieg - głównym bohaterem jest mężczyzna, a dzięki niej powieść można sklasyfikować jako typowo męską. Szybko wciąga, szybko zaciekawia i intryguje, szybko się ją czyta, ale niestety... szybko się też kończy.

Na pewno pokochają ją fani akcji w czystej postaci, którzy nie lubią zawracania głowy pobocznymi wątkami - tacy czytelnicy w końcu też istnieją. Myślę jednak, że dla całej reszty "Skradzione życie" będzie tylko emocjonującą odskocznią od rzeczywistości. Albo ją pokochacie, albo w sekundzie odejdzie w zapomnienie.

Nika, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Burda Media. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

"Aleksandra" - Osyp Nazaruk - recenzja

Aleksandra - Nazaruk OsypKim była rudowłosa piękność, która zamieszkała w sercu władcy Imperium Osmańskiego?

     Dzięki bijącym rekordy popularności tureckim produkcjom na ekranach polskich odbiorników zagościł serial Wspaniałe Stulecie. Już długo nic nie przyciągnęło tak szerokiej skali odbiorców - od nastolatków po starsze pokolenia, które zostały urzeczone, przez przepych i kolor XVI-wiecznego Imperium Osmańskiego. Dzięki zdobytej popularności ludzie zaczęli interesować się historią, a zwłaszcza losem rudowłosej intrygantki - Hürrem. 

Czy żyła naprawdę? 
Czy serial oddaje rzeczywistość? 
Skąd była i jakim cudem zawładnęła sercem najpotężniejszego mężczyzny tamtych czasów?

      Hürrem żyła naprawdę. Jest autentyczną postacią historyczną. Aleksandra Lisowska (Olesia) była zwykłą dziewczyną z kresów Rzeczypospolitej. Córka proboszcza cerkwi Świętego Ducha miała zamiar wyjść za mąż Stefana Dropana, syna kupca lwowskiego. Niestety, w dniu zaślubin została porwana przez Tatarów, którzy spalili wioskę oraz zabrali w jasyr innych jeńców. Biedna Olesia przeszła, i to dosłownie długą i ciężką drogę nim dotarła na targ niewolników w Konstantynopolu, a potem do haremu sułtana Sulejmana II Wspaniałego. Od niewolnicy do sułtanki dzieliła ją jeszcze przepaść, ale Hürrem mimo wszystko wiedziała jak powinna się zachować i jak o siebie zadbać by osiągnąć swój cel, jakim było rozkochanie w sobie władcy trzech kontynentów. Nie chcę opowiadać całej historii rudowłosej cudzoziemki, bo pewnie większość osób i tak ją już zna, a jeśli ktoś nie poznał jej losów to szczerze polecam historię kobiety z kresów Rzeczypospolitej!

      Aleksandra jak na swoje czasy była bardzo odważna i pewna siebie. Wiedziała czego chce, nie zniechęcały jej żadne przeszkody. Knuła, intrygowała, spiskowała, ale wszystko robiła z miłości do sułtana i swojej gromadki dzieci. I właśnie dlatego mimo tych wszystkich złych rzeczy, których się dopuściła jest wzorem kobiety silnej, która mimo upływu setek lat może być inspiracją dla wielu dziewczyn.

      Książka Osypa Nazaruka została napisana w latach 30. ubiegłego wieku, odbiega więc od kanonu  dzisiejszej, łatwej i prostszej literatury. Powieść nie została napisana też podczas ,,gorączki" na tureckie seriale, bo to po prostu niemożliwe. Ale niestety z braku akcji, i jakiś większych emocji książka ta niespecjalnie mi się spodobała, mimo wielkiego podziwu dla samej bohaterki oraz jej osiągnięć. Jednakże zdecydowanym plusem Aleksandry jest fakt, że akcja skupia się na dziejach Hürrem przed jej pobytem w haremie sułtana, mamy więc możliwość poznania genezy jej silnej woli i woli walki. Tak samo możliwe jest poznanie zwyczajów tatarskich - traktowania jeńców, jak się zachowywali. Jeśli jednak, czytelnik pragnie skupić się na losach rudowłosej sułtanki w seraju, to niech sięgnie po zbeletryzowaną historię Olesi.

   Osyp Nazaruk urodził się w 1883 roku w Buczaczu. Był publicystą, dziennikarzem i pisarzem, a także prawnikiem i działaczem partyjnym. Interesowała go tematyka narodowo - wyzwoleńcza i historyczna, szczególnie postacie Roksolany oraz Jarosława Ośmiomysła - powieść poświęcona księciu halickiemu cieszyła się wielką popularnością wśród czytelników, weszła nawet do kanonu lektur szkolnych. Nazaruk podróżował po świecie. Przez pewien czas mieszkał w Wiedniu, gdzie zdobył tytuł naukowy doktora praw na Uniwersytecie Wiedeńskim. Po powrocie n Ukrainę dużo pisał i publikował, następnie wyjechał do Kanady, a później do USA. Ostatni rok swojego życia Nazaruk spędził w Krakowie, gdzie zmarł w 1940 roku i został pochowany na Cmentarzu Rakowickim. Pozostawił po sobie dużą spuściznę literacką, która na pewien czas została wycofana z bibliotek i zaliczona do kategorii nacjonalistycznych, a nazwisko Osypa Nazaruka zniknęło ze spisu ukraińskich pisarzy. Dopiero od niedawna autor i jego utwory wracają do czytelnika.


Nikki, 18 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa MG. 

"Amelia i Kuba. Stuoki potwór" - Rafał Kosik - recenzja

Okładka książki Amelia i Kuba. Stuoki PotwórJako, że autorem tej książki jest Rafał Kosik, który napisał także serię ,,Felix, Net i Nika”, zawsze chciałam którąś z historii o Amelii i Kubie przeczytać. Serię o warszawskich nastolatkach bardzo polubiłam, ponieważ czytając ją mogłam się rozluźnić i pośmiać, a fabuła zawsze była mocno wciągająca. Sięgając po tę książkę miałam bardzo duże oczekiwania co do niej, ale również obawiałam się, że nie będzie tak dobra jak pozostałe działa tego autora, które miałam przyjemność przeczytać.

Książka opowiada o przygodach tytułowych bohaterów oraz ich rodzin i sąsiadów. Fabuła rozgrywa się w nowo wybudowanym warszawskim bloku, przez mieszkańców zwanym ,,Zamkiem”. Mieszkańcy niedawno się do niego sprowadzili i są to m.in. Celebrytka, wścibska Pani Kożuszek, informatyk i rodziny Amelii oraz Kuby. Przeprowadzce w nowe miejsce towarzyszą także różne zmiany jak np. nowa szkoła i nowi koledzy. Pewnego dnia Amelia odkrywa wpis na szkolnym forum, w którym Kuba wyznaje, że ją kocha. Jej szkolni koledzy bardzo się z tego podśmiewują i gdy również jej najlepsza przyjaciółka zaczyna śpiewać drwiącą piosenkę, dziewczynka bardzo się tym przejmuje i chcąc się zemścić w porywie gniewu wrzuca do Internetu ośmieszające ją zdjęcie, nie zastanawiają się nad konsekwencjami. Tymczasem w ,,Zamku” pojawia się domokrążca oraz stuoki potwór. Rada osiedlowa postanawia zamontować monitoring osiedlowy, który okazuje się niebezpiecznie wciągający. Kuba wraz z kolegą konstruują Niepodsłuchiwalne Połączenie Kablowe, do czego używają kabla znalezionego na budowie. Wszystkie sprawy coraz bardziej się komplikują. Okazuje się, że wszystkie pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia tworzą jedną wielką całość. Ale jak?
                
Nie zawiodłam się na tej książce, była pełna humoru, ciekawa, choć według mnie ciut za krótka. Wiele wątków dałoby się jeszcze rozwinąć, ale w sumie to rozumiem, bo książka została napisana dla jedenastolatków i zbyt dużo czytania mogłoby ich znudzić. Również fajną rzeczą dla osób w tym wieku były pewne zasady, które nie były całkiem oderwane z kontekstu, lecz dzięki temu, że były podane na przykładzie bohaterów, mogły silniej na nich oddziaływać. Całość było przedstawiona z perspektywy dzieci ze szkoły podstawowej, co pomaga młodszym utożsamić się z bohaterami, a starszym przypomnieć sobie swoje lata życia spędzone w podstawówce.
Jednak nie tylko to powinno zachęcić starszych. W książce są ujęte także pewne odniesienia do innych książek tego autora, a także do polskiej rzeczywistości lat teraźniejszych.
                
Autor ma wiele ciekawych pomysłów na rozbawienie czytelnika, a także na fabułę książki. Można po nią sięgnąć, aby lekką lekturą oderwać się na chwilę od życia i poprawić sobie humor. Bardzo ciekawą zabawną postacią jest Mi, młodsza siostra Kuby, która za obietnicę otrzymania merynosa pomagała domokrążcy,  to ona spowodowała aferą z wpisem Kuby na forum, a także wiele innych problemów. 
                
Jako, że nie wiem, co można jeszcze więcej napisać już kończę. Polecam tę książkę każdemu, starszy, młodszym, średnim i innym, a zwłaszcza tym, którzy chcę się pośmiać i odstresować. Nie jest to poważna lektura, nie ma pościgów, morderstw i tym podobnych, ale według mnie jest dużo lepsza niż wiele pozornie bardziej obfitujących w akację książek. Doradzam też przeczytać pozostałe części z tej części, za które mam zamiar sama w najbliższej przyszłości się wziąć i mam nadzieję, że będą równie dobre co ta.



Nikana, 15 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Powergraph. 

piątek, 19 sierpnia 2016

"Mongolia. Poszukując szamanów" - Elżbieta Sęczykowska - recenzja

Zapada zmrok. W jurcie, mimo obecności kilkudziesięciu osób panuje niezmącona cisza. Nad paleniskiem unosi się gęsty, biały dym, zanoszący modły ku niebu. W pewnym momencie jedna z postaci gwałtownie się podnosi, a powietrze przeszywa krzyk. To szaman. Na głowie ma opaskę z piór, a ciało okrywa wielokolorowy płaszcz. Przepełniony energią z niebios raz po raz wije się i opada na miękkie skóry zwierząt, którymi wyłożona jest jurta. Ktoś z zewnątrz mógłby to uznać za fragment książki fantastycznej, albo, co gorsza, opis rodem ze szpitala psychiatrycznego. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo by się mylił…

Mongolia to kraj, w którym czas się zatrzymał. Zamieszkują ją plemiona koczownicze, uciekające przed chmarami komarów i watahami wilków. Tam czas mija zupełnie inaczej, nikt się nie przejmuje urwanym mostem i tym, że jedyny możliwy objazd to dodatkowe 1000 km podróży przez nieuczęszczane trasy prowadzące przez stepy, bagna i góry z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Czasami gdzieś w oddali zamajaczy namiot pokryty białym płótnem. To jurta dająca schronienie dla kilkunastu, bądź kilkudziesięciu koczowników. Legenda mówi, że swego czasu zbudowano jurtę mogącą pomieścić nawet 2000 Mongołów skupionych dookoła paleniska, stanowiącego centrum namiotu. To w niej toczy się całe życie koczowniczych plemion. To tutaj szamani odprawiają obrzędy, rodziny przyjmują gości i raczą ich herbatką z mlekiem i solą.

To właśnie o ogromnym dorobku ich kultury, o pięknie mongolskich stepów, życiu codziennym dziewczynek o twarzy tak płaskiej, że ledwo widać nosek z pomiędzy różowych policzków, o niełowieniu ryb i magicznych obrzędach pisze Elżbieta Sęczykowska. Artysta fotografik, muzealnik, członek ZPAE, a z pasji podróżniczka zafascynowana różnorodnymi kulturami świata.

Książka jest napisana w bardzo przyjemny sposób, już po kilku pierwszych stronach skojarzyła mi się z „Ciszą” Stefana Czernieckiego. Tam podróżnik opowiada historię Peru i Ekwadoru, tutaj natomiast udajemy się na spotkanie Mongolii. Kraju, o którym w Polsce nie mówi się prawie nigdy. Tylko co jakiś czas Bilguun Ariunbaatar pojawi się na ekranie TV i przypomni o istnieniu takiego państwa gdzieś daleko w Azji… Elżbieta Sęczykowska natomiast w bardzo miłej atmosferze wprowadza czytelnika w głąb Mongolii. Czytając książkę można bez problemu poczuć się, jak uczestnik prawdziwej wyprawy. Czasami przyjemnej, a czasami naprawdę niebezpiecznej. Kolorowe zdjęcia tylko urozmaicają tę podróż w nieznane.

Zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona faktem, że autorka zgrabnie przemykała od opisu tradycji mongolskich plemion do relacji z wyprawy.  Nie przynudza, opowiada o wszystkim, co mogłoby zainteresować czytelnika. Od strojów, poprzez politykę, na jadłospisie kończąc. Każdy aspekt mongolskiej kultury i element mongolskiego krajobrazu został tutaj bardzo dokładnie przedstawiony, a w większości także opatrzony autorskim zdjęciem. Krótko mówiąc – wystarczy przeczytać, by bez pamięci zakochać się w Mongolii!


Ananaska, 18 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Burda Media. 

wtorek, 16 sierpnia 2016

"Weź mnie za rękę" - Tove Alsterdal - recenzja

Okładka książki Weź mnie za rękę
Tove Alsterdal to szwedzka dziennikarka, dramatopisarka, autorka scenariuszy filmowych i książek kryminalnych. Znana jest z debiutanckiej powieści "Kobiety na plaży" i bestsellera "Grobowiec z ciszy".

Pewnego wieczoru mieszkańcy szwedzkiego osiedla stają się niechcianymi świadkami przykrego wypadku - młoda kobieta, Charlie Eriksson, wypada z balkonu swojego mieszkania w wieżowcu. Policja klasyfikuje incydent jako samobójstwo, uznając dziewczynę za pragnącą swojej śmierci narkomankę. Jej siostra, Helen, nie potrafi jednak pogodzić się z taką wersją wydarzeń i rozpoczyna prywatne śledztwo. Udaje jej się odnaleźć osobliwego świadka, którego słowa jednoznacznie wskazują, że w grę wchodzi obecność osoby trzeciej...

Charlie musiała zostać zamordowana.

Kolejne tropy odsłaniają prawdę o wiele bardziej skomplikowaną, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Wraz z nowymi poszlakami Helen odkrywa duchy przeszłości, które mogą zagrozić jej tak samo, jak jej siostrze...

"Weź mnie za rękę" to spójna, trzymająca w napięciu, czasami brutalna powieść, oparta na prawdziwych zbrodniach, dokonywanych w Argentynie w latach 1976-82. Rzeczywistość przeplata się w niej z fikcją, a teraźniejszość z przeszłością, tworząc specyficzny klimat książki i pozwalając czytelnikowi być zawsze jeden krok przed Helen. Dzięki temu jesteśmy jak widz horroru, mogący krzyczeć "Nie idź tam!" - wciąż nie wiemy do końca co się stanie, ale mamy swoje  podejrzenia,  które podnoszą nam poziom adrenaliny we krwi i zaskakują jeszcze bardziej, gdy się nie sprawdzają. Podobała mi się wyważona ilość opisów i retrospekcji, płynna narracja, która sprawia, że nie chce się odkładać tej książki na półkę, wszystkie niespodziewane tropy, metody śledcze bohaterki oraz, oczywiście, zakończenie. Nie mogę o nim powiedzieć więcej, niż to, że jest równie zaskakujące co całość.

Jesteście ciekawi? Przeczytajcie! Na pewno nie pożałujecie ;)

Nika, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Akurat. 

środa, 20 lipca 2016

„Pięć królestw. Strażnicy kryształów” - Brandon Mull - recenzja

Okładka książki Strażnicy KryształówSeria „Pięć królestw” opowiada o przygodach Cole’a Randolpha, chłopca który wraz kilkoma przyjaciółmi został porwany przez handlarzy niewolników i przeniesiony na Obrzeża. Tym dziwnym światem rządzi formowanie - rodzaj magii, dzięki któremu można kontrolować materię na różne sposoby. Obrzeża podzielone są na pięć królestw: Sambrię, Elloweer, Zeropolis, Necronum oraz Creon. Nad każdym z nich panuje po jednym Wielkim Formiście a nad nimi wszystkimi włada król Stafford. On i jego żona Harmonia mieli pięć córek, które jak mówi oficjalna wersja - zaginęły, natomiast Cole odkrywa, że prawda jest całkiem inna.
          
W poprzednich tomach „Pięciu królestw” Cole poznaje Sambrię oraz Elloweer. Dołącza do organizacji walczącej z obecnymi władzami- Niewidzialnych. Z pomocą przyjaciół udaje mu się odszukać dwie królewskie córki: Miracleę i Honoratę. 

W „Strażnikach kryształów” chłopiec wraz z przyjaciółmi znajduje się w Zeropolis i ich celem jest odszukanie kolejnej królewny: Konstancji. To królestwo jest najnowocześniejsze ze wszystkich pięciu. Jest to raj dla fanów robotyki. Ludzie mieszkający tam, korzystają z kryształów harmonicznych. Jest to coś na kształt znanej Cole’owi elektryczności. Niewidzialni mają w Zeropolis specjalne jednostki SK czyli strażników kryształów. Chłopiec z przyjaciółmi udaje się do ich siedziby i wraz z nimi będzie próbował odszukać księżniczkę Kostę. Cole wyrusza na specjalną misję, od której zależy wszystko. Zaginione królewny okazują się nie być największym problemem. Obrzeżom zagraża Nazeem władający niebezpieczną odmianą formowania- formownictwem, dzięki któremu można formować inne moce i zmieniać właściwości starych. Cole musi stawić czoła wielu trudnościom i pokonanie niektórych z nich wydaje się wręcz niemożliwe.
          
„Strażnicy kryształów” to bardzo ciekawa książka, o wartkiej akcji, która spodoba się każdemu młodemu miłośnikowi fantastyki. Nie ma tutaj tradycyjnych magów czy elfów. Jest za to formownictwo; całkiem nowy rodzaj magii, wymyślony przez autora serii. Czytając tę książkę nie mogłam się od niej oderwać. Cały czas coś się działo. Nie zabrakło też humoru. Najbardziej podobał mi się w tej książce świat wykreowany przez pisarza. Niepowtarzalny i pełen niesamowitych istot.
          
Autora  trzeciego tomu serii „Pięć królestw”- Brandona Mulla możecie kojarzyć już z jego kilku poprzednich cyklów takich jak „Baśniobór” czy „Wojna cukierkowa”. Jest to amerykański pisarz z głową pełną oryginalnych pomysłów, a jego książki są naprawdę ciekawe i warte przeczytania.
                                                                                                     Serdecznie polecam !
                                                                                                                  Deedlit, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Egmont. 
                                                                                                                                    



wtorek, 19 lipca 2016

"Ruby po drugiej stronie" - Nora Raleigh Baskin - recenzja

Okładka książki Ruby po drugiej stronieNora Raleigh Baskin pochodzi z Nowego Jorku. Gdy miała zaledwie trzy latka, jej matka popełniła samobójstwo. Możliwe, że właśnie to wydarzenie tak mocno wpłynęło na tematy, jakie wybrała dla swojej twórczości.

Ruby nie ma lekko w życiu. Poszukuje przyjaźni, akceptacji wśród rówieśników. Pragnie szczerej relacji z inną osobą. 

Jak jednak ma to zrobić, gdy ciąży jej tajemnica dotycząca matki? 
Jak ma zbudować prawdziwe uczucie, gdy sama nie potrafi wyjawić sekretu? 

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w końcu poznaje dziewczynkę, która mogłaby zostać jej przyjaciółką. Wydaje się, że może w końcu Ruby znalazła właściwą osobą.

Jednak czy zdecyduje się na wyjawienie tajemnicy?
Jeśli tak, to czy ta dziewczynka okaże się godna tego zaufanie?
I w końcu, czy Ruby będzie w stanie zaakceptować siebie, taką jaką jest?

Nora Raleigh Baskin nie wybrała łatwego tematu. Nie dość, że porusza temat dziecka, które ma tylko jednego rodzica, to dorzuciła do tego pobyt tego jedynego rodzica w więzieniu. To trudna sytuacja. Nierzadko, nawet dorosłym trudno jest unieść taki ciężar. Strach przed odrzuceniem, podjęcie decyzji czy chce się poznać powód przebywania tej osoby w więzieniu... O dziwo, autorce udało się przedstawić ten temat w sposób moim zdaniem dość przystępny dla czytelników. Nie zagłębiała się zbyt głęboko w psychikę głównych bohaterów. Historia ciekawa. Choć temat niełatwy, to Nora Raleigh Baskin poradziła sobie z nim znakomicie. Cóż więcej mówić? Myślę, że mogę z czystym sercem polecić tę książkę Waszemu młodszemu rodzeństwu. Może nada się na prezent w sam raz na uczczenie rozpoczęcia wakacji?

Katia, 15 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Linia. 

wtorek, 12 lipca 2016

"Moja Ananke" - Ewa Nowak - recenzja

Okładka książki Moja AnankeEwa Nowak to jedna z najpopularniejszych polskich, współczesnych autorek powieści dla młodzieży. Jej twórczość porusza czasem bardzo trudne problemy, które autorka potrafi naświetlić młodemu odbiorcy w bardzo łatwy, szybki i ciekawy sposób. Tak również stało się w przypadku jej najnowszej książki - ,,Moja Ananke"


Opowiada ona o osiemnastoletniej Jagodzie, która wiedzie spokojne i udane życie. Niczego jej nie brakuje, ma kochających rodziców oraz świetnego brata Ignacego, który zawsze służy jej pomocą i potrafi rozśmieszyć do łez. Jedynie w szkole ma pewne problemy, które z czasem także udaje jej się pokonać. Zyskuje nową, wspaniałą przyjaciółkę, a także chłopaka, który jest uosobieniem jej najskrytszych marzeń. Jagoda to nieśmiała, skromna, zamknięta w sobie dziewczyna, a zarazem najszczęśliwsza osoba na ziemi. Niestety taka sielanka nie może trwać wiecznie. Niespodziewanie do życia Jagody wkrada się chytra grecka bogini Ananke, która postanawia namieszać w jej idealnym życiu i wywrócić wszystko do góry nogami. 

Główną zaletą tej książki jest przede wszystkim realizm, który potęgują świetnie nakreśleni bohaterowie i łatwy do odbioru język, którym została napisana. Powoduje to, że problematyka przedstawiona na kartach powieści nie wydaje nam się czymś odległym i może dotknąć każdego z nas. Autorka w niezwykły sposób oczarowuje czytelnika, nie magicznymi krainami, fantastycznymi stworzeniami czy bohaterami ratującymi świat, a własnie realizmem i prawdziwością.

Nie gustuję w tego rodzaju książkach i z początku byłam do niej sceptycznie nastawiona. Na szczęście miło się zaskoczyłam. Była to naprawdę przyjemna lektura, która dodatkowo skłoniła mnie do wielu refleksji. Mam nadzieję, że pozytywnie zaskoczy ona jeszcze nie jednego czytelnika. 

Polecam.


Olivka :) 14 lat 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

poniedziałek, 11 lipca 2016

"Moje nowe życie" - Meg Rosoff - recenzja

Okładka książki Moje nowe życieMeg Rosoff to amerykańska pisarka, autorka głównie powieści młodzieżowych, wielokrotnie nagradzanych i docenianych przez krytyków. Na podstawie książki "Moje nowe życie" powstał film pt. "Jeżeli nadejdzie jutro".

Nowojorska piętnastolatka Daisy żyje razem ze swoim ojcem i oczekującą dziecka macochą. Zbuntowana dziewczyna zostaje wysłana do Anglii, do rodziny matki. Ciotka i kuzynostwo, których nigdy wcześniej nie poznała, mieszkają na farmie w spokojnej okolicy i wydaje się, że nikt tam nie przejmuje się wizją zbliżającej się wojny.

Wszystko jednak zmienia się, kiedy ciotka wyjeżdża służbowo. Spadają wtedy pierwsze bomby i wybucha kolejna światowa wojna, odcinając wieś od kontaktu. Zdane na łaskę losu dzieci, muszą nauczyć się troszczyć się o siebie nawzajem i postarać się przetrwać, kiedy świat ogarnia chaos.

Co jednak, gdy zostaną rozdzieleni?
Czy przetrwają to piekło na ziemi i odnajdą się?

Powiem Wam, że mam mieszane uczucia co do tej książki.
Z jednej strony porusza ważny dla współczesnego świata temat w nowatorski sposób, skierowana jest głównie do nastolatków - w końcu w dużym stopniu to od nich zależy przyszłość planety. Oprócz tego autorka zaciekawiła mnie swoim stylem pisania oraz rozbudowanymi opisami przestrzeni, dzięki czemu możemy lepiej wyobrazić sobie miejsce akcji.
Jako fanka romansów, daję wielki plus za wątek zakazanej miłości, która prowadzi główną bohaterkę przez całą powieść. Jest on może sporny i szokujący, jednak nadaje całości rumieńców.

Z drugiej strony, odczuwam niedosyt. "Moje nowe życie" zawiera się tylko na 190 stronach, wszystko rozgrywa się za szybko, a fabuła w pewnym momencie do złudzenia przypomina "Igrzyska Śmierci" w uproszczonej wersji, nawet stylem narracji. Na początku trudno zorientować się o co w ogóle chodzi - zastanawiałam się nawet, czy nie sięgnęłam po kolejną część serii. Kiedy w końcu wkręcisz się w akcję i zrozumiesz ją, okazuje się, że jesteś na ostatniej stronie.

Myślę, że każdy wielbiciel literatury postapokaliptycznej powinien chociaż rozpocząć swoją przygodę z tą powieścią. Czy ją dokończy i czy będzie zadowolony? Nie wiem.
Ale spróbować zawsze warto ;)

Nika, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa YA!

poniedziałek, 4 lipca 2016

"Malownicze. Nadzieje i marzenia" - Magdalena Kordel - recenzja

Okładka książki Nadzieje i marzeniaMagdalena Kordel to polska autorka powieści obyczajowych i romansów, która  zadebiutowała książką "48 tygodni". Najbardziej znana jest z "Uroczyska", "Okna z widokiem" i serii "Malownicze".

Życie w Malowniczem zawsze toczyło się, według Magdy, spokojnie. Jednak gdy do jej domu wprowadziły się dzieci, czas biegnie nieubłaganie szybko. W dodatku zmęczona i zapracowana właścicielka księgarni staje się obiektem plotek całego miasteczka, kiedy dostaje tajemniczy list z francuskiej kancelarii, dotyczący spadku po wujku, którego nie zdążyła poznać. Niektórzy snują nawet domysły o pałacu i własnej służbie...

Magda ma jednak za dużo problemów na głowie, by zastanawiać się, co takiego zapisał jej bogaty krewny. Jej związek z Michałem wisi pod znakiem zapytania, gdy na jaw wychodzą jego sekrety z przeszłości.

Czy para wciąż ma szansę na szczęśliwe zakończenie?
Co łączy kobietę z młodą Sabiną, żyjąca sto pięćdziesiąt lat wcześniej?

W Malowniczem wszystko może się zdarzyć.

"Nadzieje i marzenia" to zabawna obyczajówka, która urzeka czytelnika połączeniem dwóch, na pierwszy rzut oka całkowicie różnych historii, które dzieli czas. Autorka zabiera nas w podróż w czasie, aby pokazać jak bardzo przeszłość ma wpływ na teraźniejszość i że choć czasem może być nieodkryta i niezauważona, jej widmo ma wpływ na nas teraz.

Muszę, po prostu muszę, uwzględnić tu humor w tej powieści - zwyczajnie nadzwyczajny. Żarciki i powiedzonka typowe dla naszych babci i mam, które budzą sentyment i tworzą w nas więź z bohaterami, sprawiają, że czujemy się jak jedna wielka rodzina. Za to pokochałam tę książkę - potem było tylko lepiej.
Kiedy już wciągnęłam się w historię Magdy, zupełnie nie podobał mi się przeskok o sto pięćdziesiąt lat wstecz, do czasów Sabiny. Przyznam jednak, że po jakimś czasie spodobały mi się one nawet bardziej niż początek powieści i ciężko mi się było z nimi rozstać.

Polecam "Nadzieje i marzenia" wszystkim rozmarzonym dziewczynom i kobietom, szukającym odskoczni od swojej codzienności. Może zainspiruje je to do cofnięcia się w czasy swoich przodków...

Nika, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

czwartek, 30 czerwca 2016

"On" - Zośka Papużanka - recenzja

Okładka książki OnHistorie zwykle pisze sie o kimś wielkim. Albo takim, który dokonał czegoś wielkiego. Wyjątkowo o tych wielce złych. Oto historia Śpika, który nie jest wielki. Ani jakiś wyjątkowy, ani ambitny. Może to przez  to, że nie śpieszyło mu się na ten świat. A może nie. 
            
Rzecz dzieje się w Krakowie, za czasów PRL-u. W całkiem przeciętnej rodzinie, której głowa wychodzi rano i wraca wieczorem z huty. Pani domu też pracuje, a  dziećmi opiekuje się babcia. Jak na ,,typową polską rodzinę" przystało dwójka dzieciaków na wychowaniu. I tutaj zaczynają się schody, bo o ile z jednym synem nie ma problemów, śpi normalnie... o tyle z drugim są. Śpik  do czwartego roku życia nic nie mówił, nigdy nie zasypiał jak zasypiać powinien i płakał w najmniej odpowiednim momencie mszy. Całe dnie potrafił spędzać w kuchni przy oknie i oglądać tramwaje. On po prostu od zawsze był i pozostanie inny. I pomimo marzeń, starań i błagań matki, nic się nie zmieniło. 
            
Osobiście nie przepadam za książkami, których akcja rozgrywa się w czasach wojny czy PRL-u. Jest to też pierwsza, przeczytana przeze mnie powieść tej autorki. Na początku trudno było mi się połapać w sensie długich na pół strony, wielokrotnie złożonych zdań. Ale, przyznam szczerze, z czasem zaczęło mi się to podobać. Powieść jest napisana całkowicie inaczej niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Aby przeczytać ze zrozumieniem trzeba w to włożyć trochę wysiłku, zagłębić się w świat zamknięty w tych kartkach i wsiąknąć w historię. A przynajmniej - ja musiałam. Nie jest to książka, którą poczytamy sobie między jednym spotkaniem a drugim, czy w autobusie. Takie zachowanie grozi spóźnieniem, lub pominięciem odpowiedniego przystanku. To trochę ambitniejsza literatura i musimy poświęcić jej więcej uwagi i czasu niż pięć minut przerwy.
            
Życie z trochę ,,innym" dzieckiem nie jest usiane płatkami róż i mama Śpika wie o tym aż za dobrze. Nie jest to powieść o trudnym życiu z taką,  a nie inną pociechą, o użalaniu się nad sobą i beznadziejnością sytuacji. Wręcz przeciwnie! Ta książka uczy jak kochać, gdy jest trudno. Jak napisał Jacek Dehnel, ,,Ta powieść to napisany z ogromnym wyczuciem i szacunkiem przewodnik po odmiennej wrażliwości, osobnym świecie". W pełni zgadzam się z tymi słowami.

Gorąco polecam!       


            Iguana, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.