tytuł


Recenzje młodzieżowe - bo młodzież też lubi czytać!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 listopada 2016

"Poeta, strażnik i więzień" - Lee Jung - Myung - recenzja

Okładka książki Poeta, strażnik i więzieńDrugą Wojnę Światową lubimy rozpatrywać tylko i wyłącznie w kontekście naszej ojczyzny, ewentualnie Europy. Zapominamy wtedy o tym, że to nie tylko my byliśmy pokrzywdzeni, a prawdziwy koszmar rozegrał się bodaj w Azji. Chociażby z tego powodu, wybór tej lektury będzie bardzo dobrym pomysłem.

Yuichi Watanabe mimo młodego wieku jest strażnikiem zakładu karnego w Fukuoce. Kłóci się to z jego wrażliwą naturą i zamiłowaniem do literatury. Dostaje on rozkaz od przełożonego, aby przeprowadzić śledztwo w sprawie zabójstwa innego strażnika - Sugiyamy, który miał opinię sadysty i prostaka. Bali się go więźniowie, pozostali strażnicy nim gardzili. 

Sprawa wydaje się prosta - już na początku dochodzenia do zabójstwa przyznaje się jeden z buntowniczych więźniów. Śledztwo zostaje oficjalnie zamknięte, chociaż Yuichi wyczuwa, że coś nie jest tutaj na miejscu. Zaczyna zgłębiać życiorys Sugiyamy, który okazuje być się kompletnie inną osobą niż ta, za którą go uważano. Sprawa nabierze tempa w momencie poznania Yuna Dong-ju, poety genialnego, który wierzy w moc słowa. I słusznie, gdyż jego wiersze w stanie były poruszyć nawet serce Sugiyamy. Równocześnie dochodzi tajemnicza sprawa rządowych lekarzy wykonujących podejrzane zabiegi na więźniach.


Jak już wspomniałam, książkę można by przeczytać nawet tylko i wyłącznie ze względów edukacyjnych. Ja jednak polecam zabrać się za nią z wielu innych powodów. Przede wszystkim jest to świetna powieść, z wieloma zwrotami akcji. Psychologiczne podejście autora do bohaterów jest naprawdę fascynujące - postacie są wyjątkowo wiarygodne, czytelnik przeżywa wraz z nimi każdą emocję. W przepiękny sposób mówi się tutaj o poezji i o tym jak w świecie pozbawionym ludzkich uczuć słowa potrafią dać siłę do tego, żeby przetrwać. 

Sheri, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

czwartek, 3 listopada 2016

"Zawsze ktoś patrzy" - Joy Fielding – recenzja

Okładka książki Zawsze ktoś patrzyBailey Carpenter – detektyw w renomowanej firmie prawniczej z Miami – jest inteligentna, pomysłowa i nieustraszona. Gdy w środku nocy śledzi mężczyznę unikającego płacenia alimentów, nie myśli o własnym bezpieczeństwie, skupiona na zbieraniu dowodów. Wtedy właśnie pada ofiarą gwałtu.


Od tej chwili zaczynają ją nawiedzać koszmary i przywidzenia, których nie potrafi oddzielić od rzeczywistości. Strach nie pozwala jej opuścić progu domu. Wkrótce Bailey znajduje nowe zastosowanie dla porzuconej lornetki: obserwację lokatorów domu naprzeciwko. Ta pozornie niewinna rozrywka nabiera nowego znaczenia, gdy Bailey zauważa przystojnego sąsiada – a potem orientuje się, że to on obserwuje ją. A jeśli to właśnie ten człowiek, który zniszczył jej życie?

Zniecierpliwiona brakiem postępów policyjnego śledztwa Bailey postanawia wziąć sprawę we własne ręce. Musi pokonać strach i odzyskać utraconą wiarę w siebie, demaskując napastnika. Ale ta decyzja prowadzi do szeregu wstrząsających wydarzeń, które podważają jej wiarygodność i doprowadzają na skraj obłędu – a może nawet dalej.


            
Do wybrania tej książki do zrecenzowania skłonił mnie motyw gwałtu, który, bądźmy szczerzy, jest dosyć ciężkim tematem i niewielu pisarzy jest w stanie udźwignąć jego wagę w powieści. Ponadto sam opis książki szalenie mnie zaciekawił i po prostu musiałam zapoznać się z tą lekturą.
            
Nie owijając w bawełnę – pierwsza połowa książki jest według mnie na bardzo nieciekawym poziomie. Pierwsze rozdziały są dość przeciętne, to samo tyczy się języka; akcja zaś zdaje się pędzić zdecydowanie zbyt szybko. Może jest to wina kompozycji tekstu, brak wyraźnych odstępów czasowych... w każdym razie wygląda to tak, jakby autorka uparła się, by nie umieszczać sceny zbrodni na samym początku, lecz z drugiej strony nie może „doczekać się” przejścia do tej sceny i dlatego początek książki jest, jednym, brutalnym słowem, prymitywny.
            
Drugą rzeczą, która nie spodobała mi się, było za dokładnie zwrócenie uwagi na poszarpaną psychikę zgwałconej bohaterki. Przez wiele stronic mamy do czynienia z opisami Bailey spędzającą całe dnie pod prysznicem (sceny pojawiające się w praktycznie każdej powieści o gwałcie, ale to jeszcze można darować), zabierającą do owego prysznica noże kuchenne, cierpiącą przez koszmary senne – generalnie popadające w aż nazbyt przesadne, histeryczne szaleństwo. Na szczęście pani Fielding ma zdumiewający dar do tworzenia barwnych, szczerze intrygujących i złożonych postaci, który to uratował wątek Bailey.
            
Ciekawe postaci to jedna z paru innych zalet książki, jaką jest też zwinne umykanie wszelkim schematom. Jakkolwiek beznadziejny (w mojej opinii!) był początek tej książki, tak dalsza część zgrabnie nadrabia braki. Mamy nieszablonowe wątki, które nie są zanadto rozwinięte, lecz dodają lekturze właściwego smaczku, szczegóły nadające powieści pikanterii, a także jeden z najlepszych zwrotów akcji, z jakim kiedykolwiek się zetknęłam.


Choć za samo zakończenie książki oceniłam nieco gorzej, to za całokształt dałabym tej pozycji sześć punktów na dziesięć. Z zaskoczeniem odkryłam, że autorka ma ponad 70 lat i wiele napisanych książek. Sądząc po sposobie, w jaki napisana jest ta książka, zakładałam, iż Joy Fielding jest jakąś młodą, świeżo upieczoną pisarką...

Almette, 15 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

poniedziałek, 30 maja 2016

„Białe kłamstewka” – Lesley Lokko - recenzja

Okładka książki Białe kłamstewka„Jak to jest, kiedy przyjaciółka oszuka przyjaciółkę?"

Annick, córka prezydenta Togo i francuskiej aktorki, przez całe życie próbuje uciec przed prawdą o niezmierzonych bogactwach swojej rodziny. Rebecca, córka bankiera, jest doskonałą córką, doskonałą żoną i doskonałą matką, ale zaczyna się zastanawiać, czy kiedykolwiek będzie żyła tak, jak sama chce. Tash, córka rosyjskiej emigrantki, nigdy nie poznała swojego ojca. Uwolniła się ze szponów biedy i ma teraz świat u stóp, dlaczego więc musi walczyć, żeby utrzymać się na powierzchni?

Trzy przyjaciółki spotykają się i rozchodzą, kłócą i oszukują, ale wciąż o sobie myślą. Każda pamięta szeptane na ucho tajemnice i niekończące się rozmowy przez telefon po lekcjach. Jednak pora dorosnąć. 

Czy uda im się pogodzić przyjaźń i dorosłe życie, gdy los rzuci je w różne strony świata? 
Jak poradzą sobie z sukcesami i upadkami?”


Opis tej książki może nie brzmi, jakby lektura miała wnieść w nasze życie coś nowego i wielkiego, jednak mogę zapewnić, że nie można też żałować zapoznania się z historią trzech kompletnie różnych od siebie kobiet, które łączy prawie niezachwiana przyjaźń.

Grubość książki z pewnością odstraszyła wielu – jednak w tej, a nie innej liczbie słów historia rodzin Annick, Tashy i Rebecci została genialnie rozwinięta. Do trzech światów zostajemy wprowadzeni w trzy sposoby, powolutku, niespiesznie i jednocześnie bardzo umiejętnie. Niektórym mogą nie spodobać się historyczne wątki, jednak nie jest ich tam wiele; poza tym dla rozwinięcia książki warto jest przebić się przez pierwsze rozdziały!

Perypetie głównych bohaterek są jak najbardziej realistyczne, wiarygodne i na swój sposób... przytulne. Każde większe zawirowanie w ich życiu ma swoje następstwo w postaci większego dobra, które nie przychodzi od razu, a pojawia się na samym koniuszku.

Mogę śmiało powiedzieć, że lektura pani Lokko dała mi garść wiary w ludzi i świat, nie myląc jednak go z idyllicznym i cukierkowym. O tym, że nie wszystko zawsze idzie po maśle, przypomina nam niepokojący prolog. W czasie większego znudzenia fabułą, która, niestety, momentami dłuży się, on też zachęca nas do czytania dalej i dowiedzenia się, jak rozwiąże się akcja. Trzeba jednak wspomnieć o rozczarowaniu, jakie spotyka nas na koniec – okazuje się bowiem, że cała misternie układana konstrukcja prowadzi do... w sumie niczego szczególnego. Zakończenie dało mi, co prawda, parę dreszczy, ale patrząc na całą objętość książki, czułam się zawiedziona.

Podsumowując – powiedziałabym, że ta lektura przeznaczona jest dla osób mających trochę wolnego czasu oraz sympatii do przyjaznych (choć niekiedy nieco wulgarnych) kobiecych historii.


Almette, 14 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

piątek, 22 kwietnia 2016

„Słodycz zapomnienia” - Kristin Harmel - recenzja

Okładka książki Słodycz zapomnieniaSięgając po „Słodycz zapomnienia”, byłam przekonana, że to kolejna historia romantyczna, niewiele różniąca się od innych książek. Taka jest prawda, ale nie cała. Kristin Harmel opowiada w swojej książce nie tylko o miłości, ale także o samotności i leczeniu ran z przeszłości.

Hope to trzydziestosześcioletnia rozwódka, samotnie wychowująca córkę. Prowadzi rodzinną cukiernię, założoną przez babcię Rose, i ledwo wiąże koniec z końcem. Czuje się samotna i nie może poradzić sobie z sytuacją, w jakiej się znajduje. Jest nierozumiana nawet przez własną córkę. Pewnego dnia, jej chora na Alzheimera babka, prosi Hope, aby dowiedziała się, co stałą się z jej rodziną, z którą rozstała się, gdy podczas II Wojny Światowej uciekała przed Holocaustem we Francji. Pomimo początkowych wątpliwości, główna bohaterka zgadza się i rozpoczyna przygodę swojego życia.

„Słodycz zapomnienia” różni się od popularnych romansów. Miłość w tej książce jest prawdziwa i szczera. Wydawać by się mogło, że koncepcje historii nawiązujących do lat 40. były już na tyle często wykorzystywane, że nie są w stanie niczym zaskoczyć. W tym przypadku Kristina Harmel robi nam miłą niespodziankę i serwuje powieść, pełną ciepła, oraz bogatą w nieprzewidywalne zwroty akcji.

Dużym plusem dla całej historii są retrospekcje Rose, dzięki czemu możemy spojrzeć na wydarzenia z różnych punktów widzenia. Kristina Harmel zadbała o to, aby język był przyjemny dla czytelnika i tutaj nie można się do niczego doczepić. Wciągająca opowieść sprawia, że na jej przeczytanie potrzebujemy tylko jednego wieczoru. Minusem są zdecydowanie pierwsze 2 rozdziały, które są niepotrzebnie przedłużane i niewiele wnoszą do fabuły.

Przepisy na ciasteczka i inne łakocie babci Hope to interesujące urozmaicenie, szczególnie dla prawdziwych łasuchów. Zdecydowanie wyróżnia to „Słodycz zapomnienia” na tle innych książek. Nie potrzeba wiele, aby zrozumieć, dlaczego autorka wybrała taki tytuł dla swojej powieści.


Kristina Harmel napisała niezwykłą i bardzo kobiecą książkę. Polecam ją szczególnie osobom, które interesuje okres drugiej wojny światowej i chcą bliżej poznać czasy, w jakich przyszło żyć naszym przodkom. Mówi się, że książki nie ocenia się po okładce, jednak przyznajmy szczerze, kto z nas tego nie robi? Nie będę ukrywać, że jestem jedną z tych osób i właśnie, dlatego ciężko było mi rozpocząć lekturę. Bałam się, że będzie to bardzo przewidywalna opowieść. Na szczęście, zostałam miło zaskoczona. 

Gruszka, 18 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

czwartek, 31 marca 2016

"Najlepsza książka na świecie" - Peter Stjernstrom - recenzja

Okładka książki Najlepsza książka na świecieTytus Jensen jest pisarzem, który czas świetności swojej literatury ma już za sobą. Odkąd przestał pisać jego życie skomplikowało się. Mieszka w ciasnym mieszkanku, ledwo wystarcza mu na chleb, na domiar złego popadł w alkoholizm. Jest pozbawiony entuzjazmu i nadziei na lepsze życie.

Eddie X jest młodym pisarzem uwielbianym przez czytelników. Jest pełen energii, wspaniałych pomysłów i uroku osobistego. Cieszy się dużym szacunkiem i uznaniem. Wiedzie szczęśliwe życie artysty.                                       

Podczas jednego ze spotkań Tytus wpada na genialny pomysł napisania „Najlepszej książki na świecie”, która nie byłaby książką jakich wiele, ale poradnikiem, książką kucharską, podręcznikiem kulturalnym, instrukcją obsługi, kryminałem, … 

Pomysł spodobał się także Eddie’ mu. Pisarze postanowili zabrać się do pracy, gdyż tak wspaniała książka mogłaby zapewnić im światową karierę i „nieśmiertelność”. Jednak szybko pojawia się zasadniczy problem. Tylko jeden z nich może zostać twórcą ponadczasowego dzieła i zyskać światowe uznanie. 

Zatem który?                                                  

Tytus, aby odnieść sukces musi całkowicie zmienić swoje życie. Wszystko zmierza we właściwym kierunku. Jednak sprawy nie zawsze wyglądają tak, jak mogłoby się na początku wydawać. Los uwielbia płatać figle i zaskakiwać ludzi nagłymi zwrotami akcji.                                                                                 

Sami przekonajcie się, jak potoczą się losy bohaterów „Najlepszej książki na świecie” autorstwa   Peter ’a Stjernströma. Ale książkę warto również przeczytać by poznać ciekawe porady, przepisy kulinarne, obraz Sztokholmu, życie pisarzy od „podszewki”, i nie tylko. W tej książce jest po prostu wszystko. Poczucia humoru również nie zabraknie.  


Limonka, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

środa, 16 marca 2016

"Na imię jej Rose" - Christine Breen - recenzja

Okładka książki Na imię jej RoseNa kartach tej powieści mamy ukazaną niezwykłą historię Iris - nadopiekuńczej matki oraz ogrodniczki i jej adoptowanej córki Rose - zagubionej, młodej dziewczyny zakochanej w skrzypcach.

Starają się one prowadzić w miarę normalne życie. Ich spokój zakłóca jednak wiadomość o tym, że Iris jest chora na raka. Wtedy wszystko się zmienia. Celem kobiety staje się odnalezienie biologicznej matki swojej adoptowanej córki, przez co udaje się w daleką podróż. 

Breen ukazuje czytelnikowi prawdziwy, codzienny świat wypełniony problemami. Świat, w którym nie zawsze jest kolorowo i aby osiągnąć cel trzeba pokonać wiele przeszkód. Uświadamia również jak w niektórych chwilach ważna jest obecność kogoś bliskiego i ile znaczy dla człowieka rodzina. 

Kiedy czytam jakąś obyczajówkę mam wrażenie, że jest ona taka sama jak poprzednia. Każda opiera się na jakiś oczywistych schematach i stereotypach. Tu tak nie było, za co autorka otrzymuję ode mnie duży plus. Wszystko byłoby cudownie gdyby nie pewien szczegół. Mianowicie styl pisania, który nie do końca mi odpowiadał.  Najpewniej nie dobrnęłabym do jej końca gdyby nie to, że nie lubię niedokończonych historii. Pomysł był świetny, ale wykonanie moim zdaniem pozostawia wiele do życzenia.

''Na imię jej Rose'' to pierwsza powieść autorki Christine Breen będąca  jej debiutem literackim. Książka została wydana w serii ''Leniwa niedziela'' co na początku mnie do niej przekonało. Czytałam parę powieści z tego cyklu i bardzo mi się podobały. Mówię tu na przykład o: ''Zanim się pojawiłeś'', czy ,,Ulica Pogodna''. 

Olivka :) , 13 lat 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

czwartek, 11 lutego 2016

"Kości smoka" - Lisa See - recenzja

Okładka książki Kości smoka
Lisa See to amerykańska pisarka chińskiego pochodzenia. Jest autorką wielu bestsellerów, m.in. "Dziewczęta z Szanhaju", "Miłość Peonii" czy "Sieć rozkwitającego kwiatu". W swojej twórczości nawiązuje do chińskiej kultury i tradycji.

"Kości smoka" to finał trylogii Czerwona księżniczka. Minął rok odkąd inspektor Liu Hulan straciła córkę. Rok wyrzutów sumienia, bólu po jej śmierci i budowania wokół siebie muru, który odgrodził ją od męża. Jednak kolejne zadanie z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zmusza ją do stanięcia twarzą w twarz z problemami i ... Davidem.

Małżeństwo zostaje wysłane w malownicze tereny Trzech Przełomów, aby zbadać sprawę kradzieży cennych artefaktów z tamtejszego stanowiska archeologicznego oraz śmierci ich młodego odkrywcy - Amerykanina Briana. Jego ciało zostało rytualnie oznakowane i wrzucone do rzeki, która poniosła je wiele kilometrów dalej.

Uwagę Hulan odwraca jednak rosnąca w siłę sekta religijna. Wyznawcy Xiao Da zagrażają nie tylko państwu i ustrojowi, ale i jej samej. Sprawa staje się coraz bardziej tajemnicza, gdy małym miasteczkiem nad brzegiem Jangcy wstrząsa seria okrutnych morderstw. Trzeba odnaleźć zabójcę zanim będzie za późno.

"Kości smoka" to bardzo sprytnie skonstruowany kryminał. Mimo, że nie czytałam dwóch poprzednich części, bardzo mi się spodobał. W książce nie ma wielu odwołań do przeszłości bohaterów, a nawet jeśli się pojawiają, są wyjaśnione i nie mają wpływu na akcję. Autorka płynnie przeplata przeszłość i teraźniejszość zacierając granicę czasu.

Dzikie tereny, oryginalne rozwiązania i orientalne motywy dodają tajemniczości całej fabule, pozwalając doczekać się momentu końcowego szoku, o który przecież chodzi w książkach tego typu.

W "Kościach smoka" każdy znajdzie coś dla siebie:
Zagadka do rozwiązania? Jest. 
Miłość unosząca się w powietrzu? Jest. 
Dreszczyk emocji? Jest. I to Jaki!

Po przeczytaniu powieści mogę bez przeszkód stwierdzić, że Lisa See to mistrzyni w ukrywaniu tajemnic tajemnicami. Bohaterowie są zamknięci w sobie, skryci. Autorka nie daje nam żadnego znaku, co się dzieje w ich głowach i sercach. Tym samym skutecznie odwraca naszą uwagę od głównej zagadki, powierzając nam rozwiązanie o wiele trudniejsze. Czytanie między wierszami.


Nika, 16 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

wtorek, 8 grudnia 2015

"Podwójne życie Pat" - Jo Walton - recenzja

Okładka książki Podwójne życie Pat
Pierwsza połowa XX wieku w Anglii. Wszystko układało się dobrze, do momentu, gdy poznała Marka. Młodzieńcze zakochanie, śmierć bliskich i wyjazd do szkoły w Kornwalii, to jedyne kilkanaście lat, które teraz, z perspektywy 2015 roku, wydają się pewne. Potem poznała jego, mężczyznę, który po jednej wspólnie spędzonej nocy poprosił ją o rękę. Oczarował ją, bo kogo by nie urzekł zagubiony młodzieniec pałający tak gorącym, acz opanowanym uczuciem, jak on? Pisali listy miłosne,  planowali ślub na “za cztery lata”, gdy Mark zdobędzie dyplom, a Pat zdąży się nacieszyć pracą wśród dziewcząt. Wydawać by się mogło, że to aż nazbyt odległe plany, które nie miały prawa dojść do skutku. Po jakimś czasie Patty dostaje pilny telefon. To on. Mówi, że jego plany legły w gruzach. Co teraz?

  1. Patty zapewni narzeczonego o swojej miłości, rzuci pracę i odda się obowiązkom żony i matki przy boku niezbyt bogatego ukochanego.

Albo...

  1. Patty dojdzie do wniosku, że całe to zamieszanie z narzeczeństwem było niepotrzebne, a Mark to nie mężczyzna dla niej. Spakuje swoje rzeczy i razem z przyjaciółką z internatu wyjedzie na południe Europy i rozpocznie nowy rozdział w swoim życiu.

Którą opcję wybierze Patty? Nie będę was trzymać w niepewności. Obie! Dobrze widzicie. Czy to możliwe? Dzięki Jo Walton teraz już tak.

Ursula K. Le Guin, autorka bestsellerowego „Ziemiomorza”, porównała tę książkę do „Wyboru Zofii”. Ciężko się z nią nie zgodzić. Tak poplątanej filozoficznej paplaniny, która mimo wszystko ma dość głęboki sens, nie spotkałam nigdzie indziej. „Wybór Zofii”, tak jak i „Podwójne życie Pat” nie ogranicza się do jednej linii życia. Ma ich nieskończenie wiele! Przecież jedynym, co daje autorowi jakiekolwiek ramy jest jego wyobraźnia, czemu tego nie wykorzystać?

Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Język nawiązuje do XX wieku i wprowadza w klimat prostych sukni i ostatnich pokoleń aranżowanych małżeństw. Nie jest to typowa obyczajówka opowiadająca o usłanym różami życiu we własnym domku na wsi. To historia wyjątkowego papierowego życia, które chcąc nie chcąc, dostaje się do naszego świata i każdego, kogo spotka, wciąga na długie godziny (tak właśnie było w moim przypadku).

Ta książka jest jednym wielkim szaleństwem. Pomieszaniem z pogmatwaniem. Jakim cudem bohaterka może mieć dwa życia na raz?! Nadal samej ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Dlatego gorąco zachęcam do lektury jedynej w swoim rodzaju historii kobiety, która żyła dwa razy. Sami poznajcie odpowiedź na to pytanie!


Ananaska, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

wtorek, 1 grudnia 2015

„Mamifest” – Linda Green – recenzja

Okładka książki MamifestSprytne, zaradne, niezawodne... Jeśli potrafisz być dobrą mamą, będziesz umiała rządzić całym krajem!

Bohaterki powieści – Sam, Anna i Jackie – codziennie borykają się z problemami, których, ich zdaniem, rząd nie chce lub nie potrafi się zająć. (...) Kiedy po udanej kampanii w obronie kobiety przeprowadzającej dzieci przez ulicę dziennikarka podsuwa trzem mamom szalony pomysł startowania w wyborach do parlamentu, te zbywają go śmiechem. Jednak czasem to właśnie najbardziej szalone pomysły okazują się najlepsze...

„Mamifest” – nie, to nie literówka – to książka, w trakcie czytania której można odnieść naprawdę dużo mylnych wrażeń. Szalony pomysł startowania do parlamentu i trzy matki? Och, jasne, że szalony. Zmienianie świata? Akurat. No i w dodatku matki? Przecież to książka dla starych ludzi, co ja tu jeszcze robię? I jeśli doznania zapewnione przez opis z tyłu książki nie sprawiły, że odłożyliście ją na półkę i zabraliście się do czytania: czeka na Was kolejna pułapka w postaci pierwszego rozdziału.

Na początku czytania wydawało mi się bowiem, że akcja toczy się zbyt szybko. Bohaterki przechodziły prędko z jednej czynności do drugiej i po pierwszym rozdziale byłam, że tak się wyrażę, zziajana i utwierdzona w przekonaniu, że jeśli reszta książki będzie miała takie tempo, chyba dam sobie spokój. Jeszcze jedna rzecz może denerwować – „perfekcja” postaci (która potem zostaje zdemaskowana, ale o tym za chwilę). Dzieci są lubiane, łagodne i radosne, znajomi bohaterek zabawni i troskliwi, inni rodzice mili i skorzy do pomocy... wszystkie te odczucia znikają jednak stopniowo, gdy docieramy do kolejnych rozdziałów.

Nie jestem pewna, czy to zamydlenie naszych oczu było celowym zamierzeniem autorki, ponieważ genialnie kontrastuje z tym, o czym czytamy dalej: o smutkach, zgrzytach i niedoskonałościach w rodzinach Sam, Jackie i Anny. Powierzchowny, drażniący optymizm każdej z nich skrywa pod spodem coś więcej, niezadowolenie i niepewność. Nie chcę, żeby brzmiało to tak, jakby po słodkim początku rzucano nas na głęboką wodę, nie! Mniej przyjemne aspekty życia są zgrabnie przeplecione z tą doskonałością, która przedtem mogła drażnić. Wszystkie wątki są równomiernie, elegancko prowadzone: gdy tylko zaczynam tęsknić lub zastanawiać się nad jakąś pojawiającą się w książce sytuacją, ta zostawała poruszona w następnym dosłownie zdaniu.

Tak jak „apetyt rośnie w miarę jedzenia”, tak historia przedstawiona w Mamifeście wciągnęła mnie bez reszty i sprawiła, że przewracałam strony z niewiarygodną prędkością. W tym pomaga nam lekki styl Lindy Green, o którym wspomniała strona LoveReading.co.uk (inf. z okładki książki) – Linda ma świetny, z pozoru lekki styl, ale przygotujcie się na śmiech przez łzy. Nie mam pojęcia, czemu według tej strony lekki styl miałby mieć delikatnie negatywne zabarwienie, bo dzięki takiemu sposobie pisania Mamifest naprawdę czyta się bardzo przyjemnie! Co tyczy się śmiechu przez łzy – może nie płakałam jak bóbr i nie śmiałam się w głos, ale w jednym momencie autentycznie się wzruszałam, a drugi wywoływał na mojej twarzy szeroki uśmiech.

Podsumowując – mimo wszelkich pierwszych wrażeń bez zastanowienia kupiłabym Mamifest wszystkim moim znajomym. Jest to pozycja idealna dla każdego, kto chciałby odpocząć od cięższych lektur albo po prostu lubi inteligentne, babskie powieści. Wiek również nie gra roli, bo z tak sympatycznymi bohaterkami utożsami się każdy. W plebiscycie na Najlepszą Książkę pod Choinkę, gdyby takowy istniał, ta otrzymałaby ode mnie bardzo serdeczny i jak najbardziej szczery głos!


Almette, 14 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

poniedziałek, 12 października 2015

„Sekrety notatnika” - Eve Haas - recenzja

Okładka książki Sekrety notatnika
Eve Haas urodziła się w 1924 roku we Wrocławiu, w następnych latach mieszkała w Niemczech. Wraz z nadejściem 1934 roku i terrorem, wprowadzonym przez Hitlera została zmuszona do ucieczki z kraju. Razem z rodziną zamieszkała w Londynie. To właśnie tam rozpoczęła się jej literacka kariera.

„Sekrety notatnika” to prawdziwa historia rodzinna owiana tajemnicą przez pokolenia. Jak każda, tego typu opowieść, rozpoczęła się od głębokiego uczucia. Gorąca miłość księcia Prus Augusta do Emilie – młodej polskiej arystokratki. Praprababki Eve.

Brutalna codzienność wojny zeszła na dalszy plan, gdy do rąk Eve trafił wieloletni kajet z wytłoczonym herbem rodowym na srebrzystej okładce, przekazywany w rodzinie z pokolenia na pokolenie.

„Która szesnastolatka chciałaby porzucić myśl, że może być potomkinią księcia, i nie zadała w tej sprawie mnóstwa pytań?”

Eve Haas jest Żydówką. Dodatkowo królewskie pochodzenie w czasie trwania wojny wcale nie miałoby dobrego wpływu na ich sytuację. Sekretu należało strzec… pomimo ostrzeżenia od ojca, by dziewczyna nie szukała większej ilości dowodów na istnienie powiązania z pruskim księciem, ciekawska nastolatka postanowiła stawić czoła historii i odkryć mroczne sekrety swojej praprababci.

Tak zaczęła się historia, w której wydarzenia sprzed dziesiątek lat ujrzały światło dzienne. Napisana z niesamowitym zapałem i energią historia związku opartego na płomiennym uczuciu porwała mnie od pierwszych stron. Skrywana przez lata tajemnica, przekazywana tylko wybranym osobom w rodzinie Evy Haas trzyma w napięciu od momentu, w którym nastolatka po raz pierwszy miała notatnik w swoich rękach.

Prosty styl powieści sprawia, że nie czyta się jej jak suchych historycznych faktów wyrwanych prosto z lekcji historii. To fascynująca opowieść. Prawdziwe oblicze historii.

Polecam!

Ananaska, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

wtorek, 6 października 2015

"Życie na przekąskę" - Monika Małkowska - recenzja

Okładka książki Życie na przekąskę. Pustki w sklepach, pełnia w kulturze czyli opowieści nie tylko z PRL-u
PRL. Czas przysłowiowego octu na półkach i pustkach w sklepie. Wydawać by się mogło, że jakiekolwiek eksperymenty kulinarne nie były wtedy możliwe. A jednak.

Monika Małkowska w swej książce prezentuje pomysły na bardzo ciekawe dania. Jednak nawet osoby nie zainteresowane sferą kulinarną mogą bez wątpienia ją przeczytać. Stanowi ona bowiem pewne przywołanie ducha tamtych czasów. I pokazuje jak było naprawdę. Przepisy podane są w przejrzysty i przystępny sposób. Ze znalezieniem składników też nie powinno być problemu w przeciętnej kuchni. Tym bardziej, skoro były dostępne w czasach pustych półek i długich kolejek z kartką żywnościową w ręku, to obecnie tym bardziej są łatwe do zdobycia.

Każde danie posiada tam swoją unikatową historię. Żadne nie jest planowane, powstaje mimochodem. A i geneza każdego z nich jest niezmiernie ciekawa. Mimo, że każda z potraw odgrywa niemalże kluczową rolę w każdej opowieści, to autorka nie skupia się wbrew pozorom na jedzeniu. Historyjki są krótkie, każdy rozdział nie jest dłuższy niż dwie strony. Przez to czyta się bardzo łatwo, można by nawet rzec - mimochodem. Nie zauważamy, kiedy to lektury ubywa, ubywa i ubywa, a my czujemy, jakby po wejściu do sklepu na półkach stać powinien tylko ocet...

Polecam!

Sheri, 15 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

wtorek, 22 września 2015

"Pieśń Salomonowa" - Toni Morrison - recenzja

Toni Morrison jest powieściopisarką i eseistką, laureatką licznych nagród literackich, w tym nagrody Pulitzera i Nobla. Jest autorką następujących utworów: „Najbardziej niebieskie oko”, „Dom”, „Miłość”, „Umiłowana” oraz „Pieśń Salomonowa”.

Okładka książki Pieśń SalomonowaW 2015 roku nakładem Świat Książki ukazała się powieść Toni Morrison, pt. „Pieśń Salomonowa”. W utworze autorka opisuje historię murzyńskiej rodziny Nieboszczyków. Głównymi bohaterami są Mleczarz, syn Ruth i Macona oraz siostra ojca Piłat.

Macon i Piłat wcześnie zostali osieroceni przez rodziców, matka umarła podczas porodu Piłat, ojciec został zastrzelony, kiedy rodzeństwo miało kilkanaście lat, wtedy też stracili dom i farmę. Po tragicznych wydarzeniach, które ich dotknęły - losy Macona i Piłat potoczyły się zupełnie inaczej. Macon, dzięki ciężkiej pracy, zaradności, małżeństwu z córką szanowanego w mieście lekarza stał się bogatym i poważanym właścicielem nieruchomości. Piłat, zaś - oceniając ją w kategoriach brata - nie osiągnęła w życiu nic. Długie lata tułała się po różnych miejscach Ameryki, by po latach osiąść z nieślubną córką i wnuczką w ubogiej dzielnicy, gdzie wytwarzała i nielegalnie sprzedawała alkohol.

Pomimo różnego statusu społecznego, zamożności, osiągnięć, a także wzajemnej niechęci losy rodzeństwa przeplatają się. W pewien sposób łączą ich potomkowie, Mleczarz i wnuczka Piłat - Hagar.

To powieść pełna magii, tajemnic i niedomówień. Nic w książce nie jest oczywiste, ani miłość ani nienawiść. To zdecydowanie wielowątkowy utwór, pełen odnośników do przeszłości i zaskakujących zwrotów akcji.

Książka Toni Morrison pt. „Pieśń Salomonowa” wciąga czytelnika bez reszty, na początku intrygują imiona Piłat, Koryntian, Mleczarz czy nazwisko Nieboszczyk, następnie źródła konfliktu między Maconem a Piłat, później tytułowy Salomon.

Serdecznie polecam wszystkim czytelnikom „Pieśń Salomonową”, bo to niezwykła, wciągająca i mądra książka. To utwór, którym można się delektować, po lekturze którego czytelnik odczuwa żal, że to już koniec, a również, co istotne, odczuwa się pragnienie poznania innych dzieł Toni Morrison.


Serdecznie polecam,

Tilia, 18 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki

poniedziałek, 14 września 2015

"Nie będę Francuzem" - Mark Greenside - recenzja

Okładka książki Nie będę Francuzem (choćbym nie wiem jak się starał)
Francja to kraj dziewic, szampana i dojrzałych serów.  Chyba jedyne takie państwo na świecie, którego elegancja i wykwintność przyciąga z tak ogromną siłą turystów z każdego zakątka globu. Marka Greenside’a także pochłonęła francuska atmosfera. Autor, a zarazem główny bohater książki, obiecał sobie, że za żadne skarby nie stanie się Francuzem. Może jednak zacznę od początku.

Mark to Nowojorczyk, mieszkający w Kalifornii. Zbliżają się wakacje, a razem z nimi pojawia się pytanie: „Gdzie je spędzić?”. Druga połówka wpadła na świetny pomysł wyjazdu do Europy, do Francji. Greenside’owi nie bardzo się ta propozycja spodobała, ale w końcu przystał na błagania dziewczyny i wyjechali na całe 8 tygodni do Finistère, niewielkiej, celtyckiej wsi…

Już pierwszego ranka wita go bicie kościelnych dzwonów i malowniczy obraz wschodzącego słońca. Mark nie zdawał sobie sprawy, że (jak się później okazało) Francuzi robią wszystko na opak. Drugie piętro nazywa się la premier étage, ludzi nie dziwi Amerykanin wychodzący z domu przez okno, nie zwracają uwagi, gdy w pomiętych ciuchach po długiej nocy przemierza uliczki wioski. W kościele, zupełnie inaczej niż w Stanach, gdzie figura Jezusa zajmuje cały ołtarz, tu jest wielkości krewetki. Do osiedlowego sklepiku Francuzi przychodzą elegancko ubrani, niczym wyrwani prosto z wybiegu jednego z popularnych na cały świat, francuskiego domu mody. Zagubionemu Amerykaninowi, przyzwyczajonemu do biegania po zakupy w dresie, otwierania drzwi w przeciwną stronę i szybkiego, wręcz pędzącego trybu życia nasuwa się jedno pytanie: Co z tą Francją jest nie tak?!

Przedstawiona w totalnym kontraście do Stanów, spokojna, wręcz flegmatyczna wioska urzeka swą prostotą i malowniczymi widokami, które nietrudno sobie wyobrazić przy tak plastycznych opisach krajobrazu.
Nietuzinkowe poczucie humoru wypełnia tę książkę po brzegi. Chyba nie było strony na której bym się chociaż nie uśmiechnęła. Zabawne sytuacje spotykają Amerykanina na każdym kroku. W kościele, piekarni, nawet we własnej lodówce.

Zupełnie się nie spodziewałam tego, co odnalazłam w tej książce. Nie jest to tylko „relacja z podróży”. To opowieść o aklimatyzowaniu się w obcym kraju, bez znajomości języka, ani obyczajów. W kraju, w którym nie znasz nikogo, a stan domu, w którym dane jest zamieszkać, pozostawia wiele do życzenia. Rzuciło mi się w oczy, że Mark Greenside naprawdę został zauroczony Francją. Ogrom opisów takiego najzwyklejszego życia codziennego, krajobrazów, specyfiki sąsiadów pozwala myślami przenieść się te dwa tysiące kilometrów na zachód, bez wychodzenia z domu.

Książka jest napisana lekkim językiem, nawet mimo dość sporej ilości francuskich wtrąceń, nie trzeba się wysilać by ją zrozumieć. Muszę szczerze przyznać, że jestem zaskoczona, że aż tak mnie wciągnęła. Sięgnęłam po nią głównie ze względu na okładkę, przyciągającą wzrok swoją prostotą, ale i ekstrawagancją zarazem.

Nie ma w niej jako takiej akcji, nie znajdziemy żadnej nierozwikłanej zagadki, ani nieoczekiwanych zwrotów akcji. Zamiast tego będą hektolitry śmiechu i tony ciekawych informacji. Polecam tę książkę, jako interesujący wstęp do podróży dla tych, którzy planują wycieczkę do Francji i wszystkim, którzy pragną poznać ten kraj bliżej, prawie od podszewki, mimo że okiem turysty.


Ananaska, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

piątek, 11 września 2015

"PS. Nie szukajcie mnie" - Leeny Parkkinen - recenzja

Okładka książki PS Nie szukajcie mnieA gdyby rzucić wszystko i wyjechać?

Karen po wielu latach postanawia to zrobić. Nad ranem ucieka z domu syna i pędząc swym autem po pustych drogach, wyrusza w podróż, która pomoże jej rozwikłać tajemnice dzieciństwa.
Wiele lat wcześniej na wyspie znaleziono ciało dziewczyny, wyrzucone na brzeg. Policja oskarża o to brata Karen. To ich ostatnie spotkanie. Niewiele póżniej brat Karen umiera.

Czy spotkanie na stacji benzynowej ciężarnej nastolatki zmieni coś w śledztwie Karen?

Tego dowiecie się z trzymającej w napięciu fińskiej opowieści, autorstwa Leeny Parkkinen o tytule „PS. Nie szukajcie mnie”. Opowieść rozgrywa się na wyspie Fetknoppen i jej okolicach. Autorka skacze między wspomnieniami bohaterów, a obecną sytuacją, co czasami rzuca światło na daną sprawę, ale czasami jest problematyczne. Mimo to, opisy mijanego krajobrazu, mimo, że nie bardzo bogatego, rekompensują zawiłości linii czasu.

Zaskakujące dla mnie było, w jaki sposób autorka połączyła dwie główne bohaterki. Mimo, że dzieli je prawie sześćdziesiąt pięć lat różnicy zadaje się, że ten dystans nie istnieje. Jest to ciekawe połączenie. Całość jest niezwykle ciekawa, chociaż jak dla mnie odrobinę za dużo retrospekcji, które na początku są bardzo niezwiązane ze śledztwem.

Polecam

Dydelf, 16 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki.

czwartek, 18 czerwca 2015

„Deadline” – Sandra Brown – recenzja

Deadline
Sandra Brown to amerykańska pisarka, autorka głównie romansów przeznaczonych dla kobiet (ma ich na swoim koncie ponad 70), a także powieści kryminalnych i historycznych. Niektóre z jej książek zostały wydane pod pseudonimem Laura Jordan lub Rachel Ryan. Jej najsłynniejsze dzieła to m.in. „Twardziel”, „Lokator”, „Cięcie”, „Rykoszet”.

Dziennikarz Dawson Scott powrócił z Afganistanu, odcinając się od wojny, lecz nie od koszmarów, które męczą go każdej nocy. Próbując uspokoić nerwy i oderwać się od problemów postanawia zająć się sprawą sprzed kilkudziesięciu lat – życiową porażką jego ojca chrzestnego, Headly’ego.  To on od 1976 roku ściga Carla Wingerta i Florę Stimel - dwójkę najbardziej poszukiwanych przez FBI terrorystów – jednak za każdym razem wyślizgują mu się z rąk. Ta sprawa stała się jego obsesją, misją, życiowym celem.

Aż pewnego dnia odnajduje się syn przestępców, Jeremy Wesson. Martwy, jak wszyscy twierdzą, choć ciała nie odnaleziono. Zadaniem Dawsona jest zbadanie szczegółów procesu o morderstwo Wessona i opisanie go w artykule. Wydaje się proste, zwłaszcza dla tak doświadczonego dziennikarza, jednak wraz z pierwszym spotkaniem byłej żony denata, sprawa ta nabiera dla Scotta osobistego wymiaru.

Nieufna Amelia zbliża się do niego coraz bardziej…
A wokół niej zaczynają dziać się dziwne rzeczy.
Czy Headly’emu uda się w końcu złapać Carla i Florę?
Dlaczego nigdy nie odnaleziono ciała Jeremy’ego?
I jaki wpływ na życie Dawsona będzie miało zakończenie tej sprawy?
Przekonajcie się sami…
                
„Deadline” to chyba najlepszy kryminał jaki w życiu czytałam! Fascynująca i wciągająca fabuła jest dość skomplikowana, lecz w ten przyjemny sposób, przez co czytając kolejne rozdziały układamy w swojej głowie puzzle całej historii. Właściwie to nie my układamy – układają się same, ponieważ powieść jest napisana tak lekko, że nawet nie zauważamy, kiedy przewracamy ostatnią kartkę. Bohaterowie są skomplikowanymi postaciami i choć czytelnikowi wydaje się, że wie o nich wszystko, stanowią jednak tajemnicę, która na 450 stronach nie zostaje całkiem odkryta. Podoba mi się też, że nie wiadomo wszystkiego o ich myślach i uczuciach, trzeba odczytywać je między wierszami, dzięki czemu można poczuć się jak rasowy detektyw.

W tej powieści nie znajdziemy „przeskoków”, które sprawiają, że książka staje się nudna. Autorka umiejętnie przechodzi z dialogu do zwięzłego, lecz malowniczego opisu po drodze uwzględniając reakcje bohaterów i retrospekcje. W dodatku w przeciągu jednego rozdziału potrafi czytelnika rozśmieszyć, przestraszyć, zaciekawić i - co najważniejsze - zszokować. Można to nazwać chyba tylko jednym słowem: sztuka.

Największy urok tej książki polega na tym, że jest dla każdego. Dla tych co kochają kryminały, bo zaskoczy ich świeżość i lekkość, jaką Sandra Brown wnosi do tego gatunku, oraz dla tych co ich nie lubią, ponieważ znajdą inne wątki między wierszami i przekonają się jakim przeżyciem jest ich czytanie.


Nika, 16 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

poniedziałek, 8 czerwca 2015

„Kryminalistka” - Joanna Jodełka - recenzja

Okładka książki KryminalistkaJoanna Jodełka jest laureatką Nagrody Wielkiego Kalibru przyznawaną najlepszym autorom polskich powieści kryminalnych. Po lekturze tej książki, staje się jasne, że była to nagroda w pełni zasłużona, a jej laureatka posiada świetny warsztat pisarski oraz, co najważniejsze, znakomite pomysły. 

Prezentowana powieść jest niezmiernie wciągająca, napisana w lekkim stylu, zaskakująca czytelnika zwrotami akcji. Łączy w sobie różne gatunki literackie – klasycznego kryminału, thrillera, romansu. Jest to powieść z tzw. suspensem czyli zaskakującym zakończeniem. Część rozdziałów napisana została w pierwszej osobie i udaje autobiografię. Prowokacyjnie bowiem, autorka uczyniła ze swojej osoby główną bohaterkę, tytułową kryminalistkę. 

Już na wstępie dowiadujemy się, że popełniła ona straszny czyn, została zabójczynią a wszystko następne to retrospekcja tych wydarzeń. Splot okoliczności oraz cechy osobowościowe, bo one stanowią również ważny składnik, doprowadziły życie Joanny do ruiny. Jej mąż nie żyje, a ona w porwanym, brudnym ubraniu ucieka przed całym światem. A wszystko rozpoczęło się od pewnej grillowej imprezy w ich letniskowym domku... 

Intryga znakomita, interesująco skonstruowana, wciąż zwodzi czytelnika. Pokazuje , jak łatwo ustabilizowane, spokojne, trochę nudne życie może runąć jak domek z kart. Czy romans z policjantem to dobry wybór, czy na pewno dobrze znamy swoich znajomych? To tylko niektóre z pytań, które nasuwają się po lekturze powieści. Lekturze zresztą lekkiej, łatwej i przyjemnej, zapewniającej dobrą rozrywkę. Autorka zapowiada kontynuację, na którą czekam z niecierpliwością. Tymczasem , na pewno warto sięgnąć także po inne jej powieści jak „ Polichromia”czy „Kamyk”. Jeżeli są równie interesujące , to tylko się można cieszyć. Podsumowując, pragnę zaznaczyć, że w ostatnich latach w naszym kraju urosło nam grono znakomitych autorów kryminalnego gatunku, z których możemy być dumni.

Kevin, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki.

środa, 13 maja 2015

„Słodko-gorzkie życie” - Colleen McCullough - recenzja

Okładka książki Słodko-gorzkie życiePozycja o silnych, niezależnych kobietach. Córki pastora, dwie pary bliźniaczek: Edda i Grace oraz Tufts i Kitty, zostają postawione przed wyborem drogi życiowej. Pochodzące z Corundy w Nowej Południowej Walii dziewczęta postanawiają zgłosić się do pracy, jako wykwalifikowane pielęgniarki w Corunda Base Hospital. Nie była to jednak do końca ich samodzielna decyzja. Ojciec, Thomas Latimer, kierując się miłością do swoich dziewczynek starał się zapewnić im jak najlepszą przyszłość, a także odseparowanie od macochy, która wysługiwała się nimi, jak służącymi, na plebanii. Bliźniaczki zgodziły się na ten pomysł, mimo planów, że pójdą na studia, ze względu na najmłodszą siostrę – Kitty, której macocha Maude próbowała nieźle namieszać w głowie.

W taki oto sposób cztery panienki z dobrego domu 1 kwietnia 1926 roku rozpoczynają swoją pierwszą poważną pracę wśród chorych, biednych i nie zawsze pachnących kwiatkami mieszkańców, gdzie ich przybycia nie pochwalają dotychczasowe pielęgniarki, a już na pewno nie siostra przełożona.
                
Tym, co mnie naprawdę urzekło w tej książce nie jest fabuła, ani postaci, czy cokolwiek podobnego. To właśnie poczucie humoru autorki sprawiło, że „Słodko-gorzkie życie” na dłuższy czas zapadnie mi w pamięci.

„- Biedny chłopina. – Grace zdała później relację Kitty, ocierając łzy rozbawienia. – Nie minęło nawet pięć minut, jak siostra osobiście wcisnęła mu w tyłek odpowiedni czopek. Cały poranek spędził w toalecie. Na szczęście był z tych chodzących.”
                
Odnośnie fabuły, jest ona dość ciekawa. Akcja toczy się w swoim tempie, nie pomijając żadnego aspektu, który miał być przedstawiony w zamierzeniach autorki. Pomysł wysłania dziewczyn, które całe dotychczasowe życie spędziły w wygodach, nie musiały martwić się o pieniądze ani rozrywki, do szpitala – miejsca, gdzie jedna trzecia pacjentów umiera, a jedna trzecia zostaje wypisana do domu, by tam dokończyć swój żywot. Pragnące pokoju stażystki nie mogą tego tak zostawić, przyjechały tu by leczyć ludzi i właśnie to uczynią. Co ciekawe, każda z bliźniaczek jest zupełnie inną osobowością. Bystra i przebojowa Grace, ambitna i apodyktyczna Edda, praktyczna i przyziemna Tufts, romantyczna Kitty, której cięty język odstraszał kawalerów. Cztery dziewczyny wychowane pod jednym dachem, lecz żyjące w tak odrębnych „rzeczywistościach”.  Łączy je niewidzialna nić przyjaźni i milości siostrzanej, której nic za żadne skarby świata, nie zdoła przerwać.
                
Znajdziemy tutaj romans, dylematy życiowe, problemy kobiet lat 20-tych XX wieku. A co najważniejsze, niesamowity klimat tamtych lat przekazany nam z perspektywy młodych dziewczyn. Radzące sobie z przeciwnościami losu, a także codziennymi błahymi problemami, wyrastają na mądre, wyuczone kobiety.

Ananaska, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 


piątek, 8 maja 2015

"Kobiety niepokorne" – Cristina Morató - recenzja


Okładka książki Kobiety niepokorne    Ich nazwiska są znane na całym świecie. Na łamach czasopism pojawiały się niezliczoną ilość razy. Odcisnęły widoczny ślad w historii mody, sztuki a nawet polityki. Czasem wydawały się okrutne oraz rozkapryszone. Ale to wszystko była maska – naprawdę były samotne i często ze złamanym sercem. Te doskonałe dla publiczności, bogate, atrakcyjne kobiety to Maria Callas, Coco Chanel, Wallis Simpson, Eva Perón, Barbara Hutton, Audrey Hepburn oraz Jacqueline Kennedy. W książce Kobiety niepokorne zostają przedstawione takie jakie były naprawdę.

   Maria Callas, śpiewaczka operowa, urodzona w Stanach Zjednoczonych, ale przez całe życie czująca się bardziej Greczynką niż Amerykanką. Nie miała łatwego dzieciństwa, jej matka przerzuciła na nią swoje niespełnione marzenia i na ich spełnianie  Maria była zmuszona porzucić beztroskie dzieciństwo. Wraz z pierwszymi sukcesami z zakompleksionej nastolatki zmieniła się diwę operową. Niestety sukcesy zawodowe nie szły w parze ze szczęśliwym życiem miłosnym.

    Nawet jeśli ktoś w ogóle nie interesuje się modą, to nazwisko Coco Chanel musiał słyszeć co najmniej raz w życiu. Ta drobna kobieta o ciętym języku uwolniła kobiety na początku XX wieku z niewygodnych sukien i wprowadziła na rynek przepiękne, minimalistyczne kreacje, w których kobiety gustują do dziś. Jednakże na swój sukces pracowała długo i ciężko, chcąc odegrać się na ludziach, którzy nią gardzili.

   Jaka była kobieta dla której król Edward VIII postanowił ustąpić z tronu? Wallis Simpson to Amerykanka, która nie bała się zwracać do osób na wyższych stanowiskach bardziej wyniośle niż powinna. Rozmiłowana w luksusie, bogatych strojach i wielkich rezydencjach nie była przyjęta do rodziny królewskiej, jednakże pochowano ją w królewskim grobowcu. Jak udało jej się tego dokonać?

    Eva Perón była Argentynką pochodzącą z ubogiej rodziny. Przez całe swoje dzieciństwo stykała się z podziałem ,,na bogatych i biednych”. Nie zważając na przeciwności postanowiła zostać aktorką. Los jednak chciał inaczej. Została żoną generała Perona, który później został prezydentem. Szczęśliwa u jego boku realizowała się jako ,,dobrodziejka ubogich’’. Niestety nie udało jej się wygrać z chorobą i zmarła w wieku zaledwie 33 lat. Jednakże, dziś jej postać postrzegana jest niczym bohaterka narodowa.

   Pieniądze szczęścia nie dają. Przykładem na to stwierdzenie jest smutne życie Barbary Hutton, która od dzieciństwa wychowywała się w przytłaczającym bogactwie. Przez ogromny majątek (w wieku 14 lat jej majątek opiewał na sumę ponad dwudziestu sześciu milionów dolarów) nie mogła znaleźć ludzi, którym zależało by na niej, a nie na zyskach materialnych. Próbując odnaleźć się w trudnej dla niej rzeczywistości popadała w coraz większą depresję.

  Audrey Hepburn to aktorka najbardziej znana z filmów: Śniadanie u Tiffany’ego, Sabrina i Rzymskie wakacje. Ta drobna kobieta stała się ikoną stylu dzięki wytwornym kreacjom od Givenchy’ego. Mało kto zdaje sobie sprawę, że aktorka bezpośrednio została dotknięta horrorem II wojny światowej, a w późniejszym wieku wielokrotnie poroniła. Musiała pokonać wiele przeszkód, by zostać do dziś rozpoznawaną Księżniczką Hollywood.

   Żoną wybitnego polityka, później prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Kennedy’ego była Jacqueline Bouvier - po zawarciu małżeństwa przyjęła nazwisko męża. Odebrała staranne i dość surowe wychowanie, które przyniosło jej światowy podziw. Jednakże, dla Jackie ważniejsza niż sława była rodzina. Niestety nie mogła cieszyć się takim życiem, gdyż całkowicie utraciła prywatność. Jaka była naprawdę żona prezydenta, gdy kamery nie były na nią zwrócone?

   Po przeczytaniu każdej z tych historii byłam pod niesamowitym wrażeniem ich bohaterek. Choć według samych siebie uważały się często za słabe, to walczyły o swoje marzenia i miłość. Dobór postaci jest bardzo różnorodny - od projektantki mody, przez diwę operową po panią polityk. Ta różnorodność to zdecydowany plus, gdyż na pewno książka trafi do szerszego grona odbiorców. Sposób w jaki autorka ukazała tragizm życia tych kobiet jest po prostu świetnie napisaną, skróconą (niestety!) historią ich losu. Przez to bohaterki stają się bliższe i czytelnik ma okazję, w sposób bardzo emocjonalny, przeżyć niesamowite chwile. Nawet jeśli ktoś już zna życiorys danej postaci, to lekkie pióro pisarki zdecydowanie doda nam pewnych informacji. Ja osobiście niezbyt kojarzyłam niektóre z tych kobiet, lecz teraz po lekturze Kobiet niepokornych postanowiłam dowiedzieć się o poszczególnych osobach więcej. Żywy obraz kobiet oraz brak ,,owijania w bawełnę” sprawiają, że książkę czyta się z prędkością światła. Kobiety niepokorne polecam wszystkim kobietom niezależnie od wieku, gdyż są to bardzo wzruszające historie, w których każdy odnajdzie cząstkę samego siebie.

   Autorką Kobiet niepokornych jest Cristina Morató. Studiowała dziennikarstwo i fotografię, od młodych lat podróżowała po świecie jako reporterka. Podróżowanie łączyła z pracą w telewizji i radiu. Pragnienie wydobycia z zapomnienia postaci wielkich kobiet zaowocowało publikacją kilku książek, życzliwie przyjętych przez krytykę i czytelników, które przetłumaczono na wiele języków: Viajerasintrépidas y aventureras, Las Reinas de África, Las Damas de Oriente, Cautiva en Arabia. Autorka jest jednym z założycieli, a obecnie wiceprzewodniczącą Hiszpańskiego Towarzystwa Geograficznego oraz członkiem Royal Geographic Society w Londynie.


Nikki, 16 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki. 

środa, 19 listopada 2014

„List od nieznajomej” – Barbara Taylor Bradford – recenzja

Barbara Taylor Bradford to jedna z najbardziej znanych współczesnych pisarek. Jej powieści przetłumaczono na wiele języków i sprzedaje się je na całym świecie bijąc przy tym rekordy popularności. Książki B.T Bradford niejednokrotnie filmowano - na podstawie jej powieści powstał m.in. słynny serial telewizyjny "Kariera Emmy Harte".

Okładka książki List od nieznajomejReżyserka filmowa Justine Nolan wraca do rodzinnego domu. Szuka wytchnienia od pracy przy boku swojego bliźniaka , który rozumie ją bez słów oraz w towarzystwie najlepszej przyjaciółki, którą zna od zawsze. Nie widziała własnej matki od wieków, ale wcale tego nie żałuje znając jej trudny charakter i kłamstwa, którymi przez lata karmiła swoje dzieci.

W korespondencji Deborah, Justine znajduje wzbudzający jej ciekawość list i otwiera go, nawet nie śniąc o tym, że zawiera on informacje o jej zmarłej babce Gabriele. Okazuje się, że jedna z najbliższych jej osób, którą opłakiwała przez ostatnie 10 lat, nie zginęła w katastrofie samolotu i żyje gdzieś razem ze swoją przyjaciółką, nadawcą listu. Podupada jednak na zdrowiu zadręczając się starymi, rodzinnymi sprawami. Kierując się jedynie znaczkiem na kopercie, młoda reżyserka wyrusza w podróż do Stambułu, miasta dwóch kultur, aby odnaleźć babkę. Nie jest to jednak takie łatwe w orientalnej metropolii, pomiędzy meczetami, kościołami i wśród upojnych, korzennych woni odbierających zmysły.

Czy Justine uda się odnaleźć babcię i poznać rodzinne sekrety?
Czy dowie się dlaczego jej matka postanowiła „uśmiercić” Gabriele w świadomości swoich dzieci?
Czy wśród rodzinnego zamieszania zdoła znaleźć czas na miłość?

Muszę przyznać, że przez pierwszych kilka rozdziałów, „List od nieznajomej” ciągnął się jak flaki z olejem przez przydługie rozmyślania bohaterki, które chociaż były uzasadnione w sytuacji w jakiej się znalazła, sprawiały że miałam ochotę odłożyć tą książkę na półkę i nigdy więcej po nią nie sięgać. Jednak pierwsze wrażenie było całkowicie błędne, o czym dowiedziałam się, gdy przedarłam się przez długie, filozoficzne rozmyślania Justine i dotarłam do opisów orientalnego Stambułu. Lirycznie ukazywały one korytarze uliczek, smaki cynamonu, goździków i innych przypraw tak wyraźnie, że można je poczuć na języku. Pod tą korzenną otoczką kryją się trudne tematy: uprzedzenia, kłótnie o pieniądze, zdrady, kłamstwa i rodzinne rozłamy. Podoba mi się kontrast babki i matki, które choć krew z krwi, tak bardzo się od siebie różnią, mają tak odmienne charaktery i poglądy.
Oczywiście pojawia się też wątek miłosny, który roztkiliwia i idealnie pasuje do gwarnej, gorącej atmosfery Stambułu.

Według mnie jest to książka dedykowana wszystkim kobietom, napisana przez kobietę o kobiecie, która pokazuje, że nawet w sytuacji pozornie bez wyjścia, nie można się załamać. Trzeba tylko odnaleźć ukryte drzwi i z podniesioną głową zostawić przeszłość za sobą. Myślę, że przypadnie do gustu fanom, a raczej fankom, literatury kobiecej.


Nika, 15 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki.

wtorek, 16 września 2014

"Mój Madagaskar" – Jarosław Kret – recenzja

Mój Madagaskar - Jarosław Kret„Mój Madagaskar” to już kolejna z serii podróżniczych książek autorstwa Jarosława Kreta, znanego nam głównie z prowadzenia programów telewizyjnych, oraz prognozy pogody.

Ta lektura oprócz walorów edukacyjnych zachęca czytelników do spojrzenia na problem wyspy. Autor dość obrazowo ukazuje nam skalę zniszczeń spowodowanych głupotą człowieka. Jarosław Kret na Madagaskar podróżuje od początku lat dziewięćdziesiątych, średnio raz na dwa lata. Ze swojego doświadczenia opisuje nam zauważone na wyspie zmiany. Autor porównuje pełen szczelin ląd do spękanego bochenka chleba. Tymi wąwozami płynie czerwona woda ‘tymi rzekami jak krew z ran wypływa z wyspy życie’, pisze.

Dlaczego to porównanie do krwi? 
Skąd bierze się czerwona woda?

Tego, oraz innych ciekawych, acz niekoniecznie optymistycznych faktów, dowiecie się sięgając po „Mój Madagaskar”.

Oczywiście nie cała lektura utrzymana jest w ponurym klimacie i nie cała mówi o tym, jak przez głupotę człowieka tracimy nie tylko ciekawy i nieodkryty jeszcze ekosystem, ale także szansę na poznanie go, być może odkrycie kilku nowych, leczniczych gatunków roślin…


Przejdźmy więc do tej optymistycznej części – przygoda rozpoczyna się wraz z wejściem na pokład samolotu linii lotniczych o wdzięcznej nazwie Mad Air, zmienionej dopiero po latach na Air Madagascar. Jeszcze trochę historii wyspy… I zaczynamy zwiedzanie! 

Lucienne, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Świat Książki.