tytuł


Recenzje młodzieżowe - bo młodzież też lubi czytać!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rachel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rachel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2015

„Noc oka” - Mary Kirchoff - recenzja

Okładka książki Noc Oka„Noc oka” to pierwszy tom serii „Obrońcy magii” autorstwa Mary Kirchoff. Niestety, bynajmniej nie wybija się spośród innych książek fantasy. Po pierwsze, jeśli chcielibyście się za to zabrać: nie czytajcie opisu z tyłu. Pełno w nim spoilerów.

Przejdźmy do rzeczy. Głównym bohaterem jest Guerrand DiThon, młodszy brat zubożałego szlachcica, który fascynuje się magią. Chciałby zostać magiem, jednak jego krewniak nienawidzi czarowników i uparcie przymusza go do szkolenia się na rycerza. Pewnego dnia do miejscowości przyjeżdża mistrz magii. Pod jego wpływem Guerrand wymyka się z zamku i udaje się w podróż, by zrealizować swoje marzenie.

Książka jest krótka – około 300 stron w niewielkim formacie – a przy tym naładowana wydarzeniami. Przez to fabuła została potraktowana pobieżnie. Wiele zdarzeń nie jest dokładnie opisanych, a jedynie narrator informuje nas, że coś takiego się stało. Cierpią na tym również postaci, które są przez to płaskie. Nawet Guerrand niczym nie zaskakuje - ot taki sobie główny bohater, który nie wzbudza właściwie żadnych emocji u czytelnika. Świat przedstawiony podobnie – nie wiemy o nim za wiele, a tyle, ile wiemy, pozwala nam stworzyć w głowie obraz typowego, osadzonego w realiach quasi-średniowiecznych fantasy. Styl pisania jest znośny, da się przeczytać, choć niekiedy przynudza.

Podsumowując, nic nadzwyczajnego. Książka w najlepszym wypadku przeciętna. Jeżeli ma się ją pod ręką, a jednocześnie sporo wolnego czasu, można spróbować, a nuż Tobie się spodoba.


Rachel, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka, 
a do recenzji otrzymaliśmy ją od Księgarni Matras

środa, 7 stycznia 2015

"Pięć Królestw. Łupieżcy niebios" - Brandon Mull - recenzja

Okładka książki Łupieżcy niebios„Pięć Królestw” to nowa seria Brandona Mulla, autora znanego z cyklów „Baśniobór” i „Pozaświatowcy”. Jej pierwsza część nosi tytuł „Łupieżcy niebios”.

Muszę przyznać, że podziwiam pana Mulla za tempo, w jakim tworzy kolejne książki. Ledwo dwa, może trzy lata temu sięgnęłam po pierwszą część „Baśnioboru”, a teraz jestem już po lekturze dwóch wcale niekrótkich serii. Czy jednak styl autora rozwija się tak, jak powinien? Pod tym względem mam uczucia mieszane. O ile Pozaświatowców” uważam za ogromny sus naprzód w porównaniu z „Baśnioborem”, o tyle pierwsza część „Pięciu Królestw” jest jednak małym krokiem w tył.

Zacznijmy po kolei. Główny bohater, Cole, wybiera się wraz z przyjaciółmi do domu strachów. Oczywiście nie jest to byle okazja, tylko samo Halloween, a nawiedzony dom ma być dziełem speca od efektów specjalnych. Cóż, efekty okazują się o wiele bardziej niż specjalne, kiedy Cole i jego przyjaciele zostają porwani do zupełnie innego, fantastycznego świata – Obrzeży.

Już tu widać pewną powtórkę fabuły z „Pozaświatowców”. Kto jednak lubi podobne klimaty, z pewnością autorowi wybaczy. Pomijając to, jak i również inne detale można to uznać za odgrzewanie kotletów, na szczęście nie jest ich dużo. Styl autora jest jak zwykle lekki i przyjemny, ale nie widzę różnicy w stosunku do jego poprzednich książek. Trochę brakuje mi opisów, choć to z pewnością lepsze niż przesada w drugą stronę. Co do fabuły – ciekawa i zajmująca, ale nie aż wciągająca, że tak powiem. Akcja zdecydowanie nie pozwala zasnąć, jednak jest dość przewidywalna. A bohaterowie? Spisują się nieźle, zaiste, szczególnie zainteresował mnie Liam, taki uroczy urwis.

OK, czas podsumować. Za kolejną część z chęcią się zabiorę, jeśli tylko będę mieć okazję – podobnie jak z innymi seriami pana Mulla, których jeszcze nie czytałam. Akcent na koniec pozwala mieć nadzieję, że kolejne tomy będą bardziej nieprzewidywalne, a przynajmniej równie zajmujące. Biorąc tę książkę do ręki, nie spodziewajcie się fajerwerków jak u Ricka Riordana czy gierek słownych w stylu Terry’ego Pratchetta – ale i tak czeka was bardzo przyjemne popołudnie ;)


Rachel, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Egmont. 

piątek, 26 września 2014

„Prask. Niechętny zabójca” - Eoin Colfer - recenzja

Okładka książki P.R.A.S.K. Niechętny zabójca„Prask. Niechętny zabójca” to pierwsza część nowego cyklu Eoina Colfera, autora serii „Artemis Fowl”. Skupia się na dwóch bohaterach – młodej agentce Chevie i czternastoletnim, niedoszłym zabójcy Riley’u, pochodzącym z czasów wiktoriańskich.

Już z poprzedniego zdania można wywnioskować, na czym oparto fabułę. Tak, chodzi o podróże w czasie. Nie bawimy się jednak w wehikuły ani budki telefoniczne - zamiast tego zostają wykorzystane tunele czasoprzestrzenne. Nie da się zatem swobodnie decydować, w którym momencie chcemy wylądować – kiedy mija czas po naszej stronie przejścia, tak samo dzieje się po drugiej. Pomijając to, w książce nie ma innych śladów fantastyki – co dla niektórych może być zaletą, a dla niektórych wadą.

Młoda Chevie Savano pilnuje jednego z takich tuneli, odkrytego przez FBI, nie wiedząc, czym on właściwie jest – aż do dnia, kiedy nagle przechodzi przez niego czternastoletni chłopak. Riley jednakże nie jest problemem – co innego jego były mistrz, imieniem Garrick, płatny zabójca i iluzjonista. Zdobywszy wiedzę XXI wieku chce wrócić do przeszłości i przejąć władzę nad światem, przy okazji niszcząc historię i doprowadzając do Bóg wie czego. Dwoje nastolatków to jedyne osoby, które mogą go powstrzymać - pod warunkiem, że zdobędą się na współpracę.

Książkę można określić jako zacną. Trzyma w napięciu, akcja goni akcję, nieraz skręcając w niespodziewanym kierunku. Zarysowani realistycznie bohaterowie są ludźmi z krwi i kości. Jeżeli coś bym miała zarzucić autorowi, to przesadę w kreowaniu tego złego. Garrick wypada właśnie niby jak superman, co kosi kilku agentów FBI bez najmniejszego problemu, jeszcze przed wycieczką do przyszłości. Postacie drugoplanowe są za to świetne, niektóre zaskakują, inne budzą współczucie lub odrazę, tak jak to autor zaplanował. Stylowi nic nie można zarzucić, czyta się szybko i bez problemu.

Podsumowując, „Prask. Niechętny zabójca” to kawał porządnej książki akcji z odrobiną fantastyki naukowej. Polecam!


Rachel, 17 lat

Książkę do recenzji otrzymaliśmy od Grupy Wydawniczej Foksal. 

czwartek, 11 września 2014

„Mroczne umysły” - Alexandra Bracken - recenzja

Mroczne umysły - Alexandra Bracken
„Mroczne umysły” Alexandry Bracken to pierwsza część cyklu o tym samym tytule. Stanowi też zacną rozrywkę z gatunku science-fiction. Odnajdą się w niej zwłaszcza fani
X-menów.


W bliskiej przyszłości Stany Zjednoczone nawiedził kataklizm – dzieci zapadają na dziwną chorobę i umierają. Te, które zdołają przetrwać, uzyskują zdumiewające zdolności, przez co zostają uznane za niebezpieczne i zesłane do obozów „rehabilitacyjnych”. Należy do nich Ruby, dziewczyna, która potrafi przeglądać i usuwać wspomnienia. Dzieci w obozie dzieli się na pięć kategorii, posortowane według zagrożenia, jakie stwarzają. Każdej z nich nadano kolor: Zielony, Niebieski, Żółty, Pomarańczowy lub Czerwony. Ruby powinna być Pomarańczowa, jednak udało jej się sprawić, by wpisano ją do Zielonych. Teraz musi uważać, by nie zostać odkrytą – inaczej czeka ją śmierć.

Po opisie można spodziewać się, że akcja książki będzie miała miejsce głównie we wspomnianym obozie. Nic bardziej mylnego. Pobyt tam zajmuje zaledwie dziesiątą część fabuły. Nie chcę spoilerować, co będzie dalej. Powiem tylko, że choć z jednej strony poczułam pewną ulgę, że nie będzie to kolejna powieść „więzienna”, to z drugiej nieco się zdziwiłam, że tak ważny dla rozwoju głównej bohaterki okres został potraktowany tak pobieżnie.

Narracja jest pierwszoosobowa. Na ogół w takim wypadku główny bohater wzbudza mniejszą lub większą sympatię już od samego początku – jednak nie tym razem. Polubiłam Ruby dopiero gdzieś w połowie książki, kiedy przestała się nad sobą użalać, a wreszcie zaczęła działać. Na szczęście oprócz niej pojawiają się bohaterowie drugoplanowi – Liam, Pulpet czy Zu – którzy stanowią już znacznie sympatyczniejszą gromadkę. Styl autorki jest dość prosty, czyta się szybko i lekko. Niekiedy przynudza, ale wynagradzają to momenty, które dobrze trzymają w napięciu.

Dużym minusem jest bardzo stopniowe wprowadzanie w świat przedstawiony. Przez całą książkę – wcale nie na początku – poznajemy zdolności właściwe tylko dla czterech pierwszych kolorów; tajemniczy Czerwony pada, ale nie dowiadujemy się nawet, co oznacza. Choroba, sprawca wszystkiego, też nie jest zbytnio opisana, choć to akurat może stanowić specjalny zabieg autorki i możliwe, że więcej informacji o niej pojawi się w kolejnych częściach.

Mimo to książkę polecam jako powieść ciekawą, choć nieco ponurą. Nadaje się szczególnie, jeśli ktoś poszukuje krajobrazu postapokaliptycznego.


Rachel, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwarte.

wtorek, 9 września 2014

"Księga legend" - Shannon Hale - recenzja

Ever After High. Księga Legend -  Shannon HaleMuszę przyznać, że kiedy dostałam w łapki „Księgę Legend” – pierwszą część serii „Ever After HighShannon Hale – lekko się przeraziłam. Wściekle różowa okładka byłaby jeszcze do przełknięcia, ale potem spojrzałam do środka i z rosnącą grozą przekonałam się, że każda strona została ozdobiona wzorkami w podobnej kolorystyce. W moim umyśle pojawiła się myśl: „W co ja się wpakowałam?”. Całe szczęście, że początkowe wrażenie było mylne.

„Księga Legend” opowiada o Krainie Baśni. Żyją w niej postacie znane nam dobrze z najróżniejszych bajek – Śpiąca Królewna, Kopciuszek, Pinokio, Szalony Kapelusznik. Co ciekawe, nie są oni wiecznie tymi samymi postaciami. Żyją długo i szczęśliwie, a to wiąże się z założeniem rodziny i posiadaniem dzieci – które później mają pójść w ich ślady, na nowo odgrywając znane opowieści. Co roku potwierdza to Dzień Dziedzictwa w Ever After High, podczas którego drugoklasiści wpisują się do Księgi Legend, przypieczętowując swój los.

Główna bohaterka, Raven, jest córką Złej Królowej – tej samej, która próbowała otruć Śnieżkę. Ostatecznie skończyła uwięziona w lustrze. Raven nie chce iść w jej ślady. Nie czuje się dobrze w roli złego charakteru, pragnie kroczyć własną ścieżką. W jej głowie rodzi się pytanie: „A co, jeśli nie wpiszę się do Księgi?” Od tego zamiaru próbuje odwieść ją Apple, przyszła Królewna Śnieżka. Dla niej brak Złej Królowej wiązałby się z odwołaniem opowieści i postawiłby pod znak zapytania jej własne Szczęśliwe Zakończenie. Gdzieś po kątach przemyka dyrektor szkoły, Milton Grimm, który pilnuje, by wszystko działo się zgodnie z tradycją.

Książka jest pisana językiem prostym i przejrzystym, przystępnym zarówno dla bardzo młodego, jak i nieco starszego czytelnika. Fabuła toczy się na tyle sprawnie, że brak wykwintnego słownictwa nie rzuca się w oczy. Bardzo spodobał mi się pewien zabieg autorki – wprowadzenie Narratora. Nagle zwykłe opisy mogą stać się integralną częścią akcji. Sama fabuła zapewne nie będzie dla doświadczonego czytelnika specjalnie zaskakująca, ale pozwala dobrze się bawić i wczuć w klimat Krainy Baśni.

Jeżeli coś można zarzucić tej książce, to przesadną cukierkowość wydania. Okładka, kolorowe strony – te czynniki bardzo długo odstraszały mnie od lektury. Cieszę się, że w końcu udało mi się przełamać i gorąco polecam na upalne jeszcze popołudnie! ;)


Rachel, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Bukowy Las.

piątek, 8 sierpnia 2014

„Niewolnicy z Socorro” - John Flanagan - recenzja

Niewolnicy z Socorro - John Flanagan„Niewolnicy z Socorro” to czwarta część serii „Drużyna” Johna Flanagana, autora „Zwiadowców”. Jest jednocześnie jej spin-offem – świat przedstawiony pozostaje ten sam, jednak zmieniono głównych bohaterów, a fabuła koncentruje się wokół innych wątków.

Główny bohater, Hal, mieszka w Skandii, choć w połowie jest Aralueńczykiem. Dowodzi drużyną Czapli i jest kapitanem statku o tej samej nazwie. Po brawurowej przygodzie, którą przeżyli w poprzednich częściach, młodzi Skandianie nudzą się i tylko wypatrują okazji na kolejną ekscytującą misję. Niespodziewanie dostają misję udania się do Araluenu w ramach zawartego niegdyś traktatu. Tam poznają pewnego zwiadowcę i wraz z nim wyruszają, by uwolnić pojmanych do niewoli Aralueńczyków…

Nie jestem pewna, która to już książka Johna Flanagana. Szesnasta? Albo i lepiej. Styl autora jest gładki tak samo, jak w poprzednich częściach. Czyta się lekko i w szybkim tempie, z dużą dozą emocji we właściwych momentach. Mam jednak wrażenie, że od pewnego czasu autor popadł w pewną schematyczność. Pozytywni bohaterowie zawsze są pozytywni, jeśli nawet mają jakieś wady, to ustawione w taki sposób, by tylko rozśmieszyć czytelnika. Postacie negatywne to z kolei zawsze zimne dranie, egoiści szukający wyłącznie korzyści dla siebie lub rzucający innym kłody pod nogi z czystej złośliwości. Fabuła również postępuje zgodnie z prostymi schematami, przez co łatwo przewidzieć, jak się skończy.

„Niewolnicy z Socorro” jest jednak zdecydowanie lepszą książką niż poprzednie części „Drużyny” – które dosyć mnie nudziły. Zapewne wpłynęło na to pojawienie się Gilana, bohatera, którego w serii „Zwiadowcy” bardzo sobie ceniłam. Poza tym mniej mamy przygód na morzu, a więcej na suchym lądzie, co również przyjęłam z ulgą.

Podsumowując, książka jest pozycją dobrą, ale nie wybitną. Czyta się lekko i przyjemnie, jednak bez specjalnych niespodzianek. Polecam czytelnikom lubującym się w fantasy, którzy akurat mają wolną chwilę – plus, oczywiście, wszystkim fanom Johna Flanagana.


Rachel, 17 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Jaguar.

wtorek, 20 maja 2014

„Polowanie” - Andrew Fukuda - recenzja

„Polowanie” Andrew’a Fukudy to książka, w której występują ludzie i wampiry. To również mrożąca krew w żyłach przygoda, pełna akcji, namiętności i krwi. Krótko, nareszcie powieść, na jaką te krwiożercze bestie zasługują.

Polowanie - Andrew Fukuda
Gene żyje w świecie opanowanym przez wampiry. Jest jednym z niewielu pozostałych przy życiu ludzi, którzy stanowią dlań najwyśmienitszy kąsek. Od dziecka wtapia się w tłum, maskując swój zapach dezodorantem, starannie goląc zarost i włoski na ciele, nosząc sztuczne kły i naśladując odruchy otaczających go bestii. Jakoś udaje mu się przeżyć bez zwracania na siebie zbytniej uwagi – do czasu, aż w wyniku losowanie zostaje wytypowany do udziału w Wielkich Łowach, zawodach, w których nagrodą jest ludzka krew. Od teraz musi pod stałą obserwacją udawać nocnego łowcę, bez najdrobniejszego błędu, by przypadkiem samemu nie stać się zwierzyną…


„Polowanie” czyta się z zapartym tchem. Narracja w pierwszej osobie wypada zaskakująco dobrze (na ogół wolę narratora abstrakcyjnego), a opisy przeżyć wewnętrznych są niezwykle wiarygodne i sprawiają, że łatwo przywiązać się do głównego bohatera. Kolejne wydarzenia następują kolejno po sobie, nie za szybko, ale w wystarczającym tempie, by utrzymywać uwagę czytelnika na najwyższym poziomie. Oprócz Gene’a występuje kilka ważniejszych postaci drugoplanowych, między innymi intrygująca Ashley June, czy Sissy, przywódczyni grupki hodowanych na rzeź ludzi. Poznajemy również kilka wampirów, które jednak nie odczuwają potrzeby posiadania imion. To ważna cecha, bowiem pozwala odróżnić pozornie cywilizowane bestie od ludzi. Opisy akcji są realistyczne, a przy tym przyprawiają o szybsze tętno, zwłaszcza w ostatnim rozdziale.

Wadą tej pozycji jest zdecydowanie zbyt mała objętość. Historia kończy się w ciekawym momencie, a około trzysta pięćdziesiąt stron w niewielkim formacie można spokojnie połknąć w jedno popołudnie (jak zresztą zrobiłam). Poza tym żadnych niedopatrzeń się nie dopatrzyłam ;)

Zdecydowanie polecam smakoszom akcji i brutalnej walki o przetrwanie. Jeżeli natomiast ktoś liczy na błyszczące w słońcu wampirki, srogo się zawiedzie…


Rachel, 17 lat


Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Fabryka Słów. 

piątek, 4 kwietnia 2014

"Dziecię ognia" - Harry Connolly - recenzja

Dziecię ognia - Harry Connolly
„Dziecię ognia” Harry’ego Connolly’a to pierwszy tom serii należącej do mrocznej fantastyki. Główny bohater, Ray Lilly, przyjeżdża wraz ze swoją szefową Annalise do małego miasteczka. Ich celem jest wyśledzenie i zlikwidowanie osoby parającej się magią. W wyniku zaklęcia w miasteczku giną dzieci, a rodzice później nawet nie pamiętają o swoich zmarłych pociechach. Dodatkowo Ray musi martwić się swoją szefową, która szczerze nim pogardza i szuka pierwszego lepszego powodu, żeby się go pozbyć… na dobre.


Muszę przyznać, że pierwszy rozdział „Dziecięcia Ognia” zaczynałam z trudem. Jednak z każdą kolejną stroną fabuła rozkręcała się coraz bardziej, pojawiało się coraz więcej pytań i wątpliwości. Już po paru rozdziałach czytało się z górki i cieszyłam się, że nie dałam się zrazić pierwszym paru stronom. Styl bez zarzutu, choć też nie wyróżnia się kunsztem spośród innych – ot, brzmi gładko, ale też człowiek nie poświęca szczególnej uwagi temu brzmieniu.

Fabuła książki zdecydowanie jest mroczna i nie nadaje się na lekturę dla młodszych osób. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale trup ściele się gęsto, a opisy są szczegółowe i niekiedy mogą przyprawić o gęsią skórkę. Właściwie nie ma wątku romantycznego (dobrze), choć jeden „obowiązkowy” epizod o tym i owym się znajdzie.

Zaskakująco dobrze skonstruowany okazuje się główny bohater. Ray nie jest ani świętym, ani typem bohatera, lecz pokazuje zarówno dobre, jak i złe strony ludzkiej natury. Pojawia się obawa przed śmiercią, ale też chęć zemsty za mordowanie niewinnych dzieci, mieszane uczucia po walce, rozważania, czy można dążyć do celu „po trupach” – a jeśli tak, to po jak wielu. Annalise nie jest pod tym względem aż tak ciekawa, ale jako postać drugoplanowa świetnie pasuje do fabuły i nieraz popycha ją do przodu. Razem z Rayem tworzą ciekawy duet, w którym początkowo dominują wyłącznie negatywne emocje, ale z biegiem czasu zaczyna ulegać to zmianie…

Zdecydowanie polecam, zwłaszcza dla osób, które lubią mroczne, krwawe fantasy z horrorem na dokładkę!


Rachel, 16 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Fabryka Słów. 

czwartek, 16 stycznia 2014

"Żółw przypomniany" - Stephen Briggs, Terry Pratchett - recenzja

Żółw przypomniany - Stephen Briggs, Terry Pratchett„Żółw przypomniany” to przewodnik po Świecie Dysku znanego z książek Terry’ego Pratchetta, uaktualniony aż do „Niucha”. Wyzwanie uporządkowania takiej masy informacji podjął Stephen Briggs.

Postawmy sprawę jasno – to nie jest typowa powieść, przy której czytelnik wczytuje się w dzieje danego bohatera. To kompendium wiedzy, swego rodzaju słownik. Większa część tej dość grubej pozycji właśnie na tym polega – mamy uporządkowane alfabetycznie hasła, powiązane z Światem Dysku, po których następuje dość zwięzłe, lecz treściwe wyjaśnienie. Znajdziemy tutaj znane nam lepiej lub gorzej postacie, miejsca, specjalne przedmioty. Oprócz tego, na początku natrafimy na ładną mapę Ankh-Morpork, a na końcu przeczytamy wywiad z Terrym Pratchettem sprzed dwudziestu lat. Czy zatem warto?

Myślę, że jeżeli ktoś jest fanem Świata Dysku, to owszem. Człowiek przecież często pamięta jakiś szczegół, ale nie dość dokładnie, by wykorzystać go w dyskusji, a nie zawsze ma czas na żmudne przeglądanie czterdziestu pozycji. Wtedy mógłby sięgnąć po „Żółwia ...” i szybko przypomnieć sobie potrzebne informacje, a przy okazji znaleźć tytuł tomu, z którego zostały one zaczerpnięte. I nie tylko – jako źródła wykorzystano także mniej znane opowiadania Terry’ego Pratchetta, których akcja również rozgrywa się w Świecie Dysku.

Stephen Briggs zdecydowanie odwalił kawał dobrej roboty. Naprawdę wielki kawał dobrej roboty. Dlatego choć nie jest to typowa powieść, warto po tę pozycję sięgnąć.



Rachel, 16 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka. 

wtorek, 3 grudnia 2013

"Mroczna geneza" - Ian Tregillis - recenzja

Mroczna geneza - Ian Tregillis„Mroczna Geneza” Iana Tregilisa to pierwsza część cyklu o Raybouldzie Marshu. Jej akcja rozgrywa się w trakcie drugiej wojny światowej, plus minus parę lat. Jak dowiadujemy się z opisu z tyłu książki, między innymi biorą w niej udział nazistowscy nadludzie i brytyjscy czarownicy…

To wiele może sugerować, jednak jeżeli ktoś spodziewa się epickich bitew, srodze się zawiedzie. Nadludzie muszą nosić kable w głowach i są uzależnieni od baterii, a czarownicy płacą krwią za każdą, nawet najdrobniejszą pomoc od tajemniczych istot, Eidolon. Dość często nie jest to ich krew, lecz innych, Bogu ducha winnych obywateli.

Narracja pozostawia nieco do życzenia. Jakkolwiek styl pisania jest w porządku – bez większych zarzutów – autor skacze od postaci do postaci, raz przedstawiając sytuację od strony Niemców, innym razem Brytyjczyków. Sama wojna została potraktowana bardzo pobieżnie. Bitwy czy losy zwykłych żołnierzy praktycznie nie są opisane. Autor zdaje się interesować jedynie nadnaturalnymi stronami walk, historia go nie interesuje.

Bohaterowie są umiarkowanie ciekawi. Raczej niewielu z nich budzi sympatię, niewielu spośród nich zostało też dokładnie scharakteryzowanych. Moją uwagę najbardziej zwrócił Will, przy którym opisy, zwłaszcza przeżyć wewnętrznych, są rzeczywiście staranne. Pozostali nie rzucili mi się w oczy.

Książka jest absolutnie przeciętna. Autorowi bardziej zależało na zrobieniu podwalin pod kolejne części, niż rzeczywistym zbudowaniu atrakcyjnej fabuły. Przeczytać można, zwłaszcza jeśli ktoś lubi nieco mroczniejsze fantasy, ale raczej nie będzie to niezwykle emocjonujące przeżycie.


Rachel, 16 lat


Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa MAG. 

środa, 11 września 2013

"Zarzewie buntu" - Brandon Mull - recenzja

Zarzewie buntu - Brandon Mull„Zarzewie buntu” to druga część „Pozaświatowców” – trylogii Brandona Mulla, popularnego amerykańskiego pisarza, również autora  serii „Baśniobór

Jason po powrocie do domu stara się ułożyć sobie życie na nowo. Nie potrafi jednak zapomnieć o Lyrianie, świecie rządzonym (już niemal w całości) przez czarnoksiężnika-tyrana, gdzie Rachel, Ślepy Król i wiele innych osób starają się położyć kres jego rządom. Jason posiadł informację, która ma kluczowe znaczenie dla tego przedsięwzięcia – jednak nie wie, w jaki sposób powrócić do Lyrianu. A kiedy w końcu mu się to udaje, od samego początku czyhają na niego śmiertelne niebezpieczeństwa…

Niektórzy powiadają, że pierwsza część zawsze jest lepsza od kolejnych. „Zarzewie buntu” to dowód na nieprawdziwość tej tezy. Brandom Mull, już nie po raz pierwszy, pokazuje, że świetna część pierwsza może być tylko wstępem do niezapomnianej części drugiej. Więcej akcji, więcej zwrotów fabuły, kolejne szczegóły fantastycznego świata. To jak z grą planszową – dopiero kiedy wszystkie pionki znajdą się na swoim miejscu rzeczywiście można zacząć rozgrywkę.

Z postaci najbardziej polubiłam Rachel. Jest to dla mnie dość dziwne doświadczenie, bo zazwyczaj nie przepadam za najważniejszą spośród żeńskich postaci. Często albo zachowują się jak przewrażliwione księżniczki, albo z kolei naśladują swoich męskich towarzyszy tak usilnie, że w ogóle nie widać po nich płci. W przeciwieństwie do nich Rachel jest dobrze wyważona – kobieca, ale bez przesady, silna, ale nie przepakowana. Jason również wypada dobrze, taki sympatyczny główny bohater, który choć ma do odegrania wielką rolę w nadchodzących wydarzeniach, nie jest szczególnie potężny. Właściwie to normalny nastolatek, z umiejętnością miotania kamieniami na spore odległości.

Fabuła wciąga od samego początku i trzyma w napięciu aż do końca. Nie wlecze się, ale śmiało idzie naprzód w tempie, który czasem aż zadziwia. Człowiek spodziewa się, że niektóre wydarzenia ujrzy dopiero pod koniec tomu – a tu bach, pojawiają się w połowie.

„Zarzewie buntu” to pozycja godna polecenia każdemu miłośnikowi fantastyki – ale nie bez uprzedniej lektury pierwszego tomu – „Świata bez bohaterów.”


Rachel, 16 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa MAG.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

"Pogromcy szyfrów. Potęga trójki" - H. L. Dennis - recenzja

Helen Louise Dennis – angielska pisarka. W swoich książkach posiłkuje się legendami i mitami, choć ich akcja osadzona jest we współczesnym świecie.

Pogromcy szyfrów. Potęga trójki - Helen Louise DennisBrodie Bray jest młodą nastolatką, dobrą w rozwiązywaniu szyfrów i zagadek. Pewnego dnia otrzymuje tajemniczą wiadomość – która okazuje się zawierać zakodowany przekaz. W ten sposób, krok po kroku, daje się wciągnąć do Grupy Badawczej, której celem jest rozwiązanie najbardziej tajemniczego i skomplikowanego szyfru ludzkości – dokumentu zwanego MS 408.

Dzieło to zdecydowanie zostało skierowane do młodszego widza, powiedziałabym, że celuje w ostatnie klasy podstawówki. 

Sympatyczni bohaterowie, lekki styl pisania – nie jest to książka dla ambitnych, którzy poszukują wyzwania intelektualnego. Fabuła zbudowana w standardowy sposób, nie dłuży się, ale też nie pędzi jak szalona. W treść zręcznie wplecione są różnorodne szyfry i zagadki, co znacznie umila lekturę.

Podsumowując, jest to pozycja dobra do polecenia młodszemu rodzeństwu, ewentualnie do przeczytania w deszczowe popołudnie, kiedy człowiek nudzi się jak mops. Nic nadzwyczajnego, ale raz miło do tego zajrzeć.


Rachel, 16 lat

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Hachette.

wtorek, 21 maja 2013

"Świat czarownic" - Andre Norton - recenzja



Andre Norton – pseudonim literacki Alice Mary Norton, amerykańskiej pisarki. Została okrzyknięta Matką Fantastyki. Napisała ponad sto książek, zaliczanych do klasyki gatunku, zarówno fantasy, jak i science-fiction.

Świat Czarownic - Andre Norton„Świat Czarownic” to pierwsza część serii o tej samej nazwie. Głównym bohaterem jest Simon Tregarth, były wojskowy, który podczas ucieczki trafia do świata równoległego. Ratuje przy tym tajemniczą kobietę. Okazuje się ona jedną z Czarownic, władczyń Estcarpu, dysponującą nadprzyrodzonymi mocami. Ich kraj, podobnie jak i jego sąsiedzi, są zagrożeni wojną – w dodatku wojną z tajemniczym, niepodobnym do żadnego innego wrogiem…

Zdecydowanie jest to pozycja godna polecenia, choć raczej dla osób, które zdążyły już się obeznać z klimatem fantasy. Fabuła, choć lekko przewidywalna, nie nudzi i pozwala na parę godzin oderwać się od rzeczywistości. Ciekawy jest opis świata i kraju, w którym, dla odmiany, to kobiety rządzą. Nie brakuje też wielu przygód i podróży po fantastycznym uniwersum. Można też spostrzec pewne mieszanie stylów – fantasy ze współczesnością oraz fantasy ze science-fiction, co jednak przeprowadzone jest w dobry, naturalny sposób.

Wadę stanowi dla mnie fakt, że powieść jest zdecydowanie ... za krótka. Nieco ponad trzysta stron wydawałoby się akurat, jednak całość ma niewielki format i została wydrukowana dużą czcionką. Nie zrozumcie mnie źle – w książce jest treść, można wręcz powiedzieć, że przygoda goni przygodę. Jednak w tym wypadku stanowi to wadę; zabrakło opisów zwykłych rzeczy. Drobne rozmowy, przeżycia wewnętrzne, utarczki pomiędzy bohaterami… Tego się nawet nie zauważa, kiedy jest, natomiast zauważa się, kiedy nie ma. Czytelnik ma wrażenie, że fabuła gna jak na złamanie karku. Prosty przykład, z samego początku – Simon trafia do magicznego, równoległego uniwersum, ratuje Czarownicę, choć nawet nie potrafi się z nią porozumieć, po czym decyduje się służyć jej i Estcarpowi. Stronę dalej widzimy go już w pełni rynsztunku pomiędzy strażnikami, rozmawiającego z nimi całkiem swobodnie w ich języku i gotującego się do walki. Miałam wrażenie, jakbym nagle przeskoczyła rozdział naprzód. Dalej nie jest to na szczęście tak drastyczne wrażenie, jednak nieco dezorientuje czytelnika.

Poza tym ciężko coś książce zarzucić. Zdecydowanie jest to dobry początek serii i myślę, że jeśli będę miała okazję, przeczytam też pozostałe części. Polecam tym, którzy lubią fantasy, a nie znoszą opisów – będziecie zachwyceni. Dla pozostałych też, choć pewnie podejdziecie do tej powieści z większą rezerwą ;)

Rachel, 15 lat

Wydawnictwu Nasza Księgarnia dziękuję za ciekawą pozycję.

sobota, 15 grudnia 2012

"Akademia Mroku" - Gabriella Poole - recenzja


„Wybrańcy losu” i „Więzy krwi” to dwa pierwsze tomu cyklu „Akademia mroku” autorstwa znanej pisarki Gillian Philips, ale wydane pod pseudonimem: Gabriella Poole.

Akademia Mroku. Wybrańcy losu. - Gabriella Poole
„Akademia mroku” opisuje dzieje Cassie Bell, młodej dziewczyny z sierocińca, która niespodziewanie dostaje się do ekskluzywnej szkoły „dla wybranych”. Większość uczęszczających do niej uczniów to dzieci bogatych i wpływowych. Bez tego mogą się tam dostać wyłącznie stypendyści – jak właśnie Cassie.


Początkowo dziewczyna czuje się w szkole nie na miejscu, znajduje jednak nowych przyjaciół (a także wrogów) i powoli się przyzwyczaja. Jednak szybko okazuje się, że akademia ma w sobie mroczną tajemnicę – i Cassie ją odkrywa, a później zagłębia się w nią coraz bardziej, tak że nie ma już możliwości powrotu do normalnego życia…

Kiedy zaczynałam czytać, spodziewałam się co najwyżej lepszego „Zmierzchu” (a zaznaczmy, że uważam tę serię za kompletne dno i przegonienie jej w moich oczach jest łatwe), jednak pozytywnie się rozczarowałam. Jakkolwiek fabuła jest nieskomplikowana, posiada swój urok i z biegiem kartek wciąga czytelnika coraz bardziej. Wątek romantyczny nie psuje klimatu ani nie wpycha się na siłę na pierwsze miejsce. Dostajemy też solidnie przygotowaną dawkę akcji, czego we wspomnianym „Zmierzchu” najbardziej mi brakowało.

Akademia mroku. Więzy krwi - Gabriella PooleKolejnym atutem serii są umiejętnie skonstruowane postacie. Cassie, choć jest główną bohaterką, wydaje się całkiem zwyczajna. Jest sympatyczna i miła na tyle, na ile może być przeciętna dziewczyna w jej wieku. Inteligentna, ale bez przesady, ładna, choć też nie mogłaby kandydować na klasową piękność. Słowem, postać wyważona, co nieczęsto się zdarza w tego rodzaju książkach.

Z pozostałych bohaterów również paru rzuciło mi się w oczy, szczególnie pewien niepoprawny „łobuz”, ale nie będę ich tutaj opisywać. Zostawiam Wam przyjemność wyszukania ich o własnych siłach.


Co do stylu, nie jest zapierający dech w piersiach, ale też nie ma się do czego przyczepić. Obie książki czyta się szybko, łatwo i przyjemnie, tym bardziej, że między nimi mija zaledwie parę tygodni przerwy w fabule, a wydarzenia drugiej są bezpośrednim następstwem pierwszej. Warto więc mieć oba tomy w zasięgu ręki, kiedy zabiera się do lektury.

Zdecydowanie jest to pozycja warta polecenia, czy to dla fanek „Zmierzchu”, czy nie. Więc polecam :)


Rachel, 15 lat


Za fajną serię dziękuję Wydawnictwu MAK.

czwartek, 18 października 2012

"Tropiciel szpiegów" - Matthew Dunn - recenzja



Matthew Dunn – były oficer operacyjny brytyjskiego wywiadu MI6. Jako pisarz zadebiutował powieścią „Tropiciel Szpiegów”.

Tropiciel szpiegów - Matthew DunnKsiążka od samego początku trzyma w napięciu. Na dzień dobry trafiamy w sam środek akcji. Stamtąd płynnie przechodzimy do spotkania z przedstawicielem CIA i właśnie wtedy poznajemy główny cel fabuły. Jeden z najgroźniejszych terrorystów świata, znany jako Megiddo, zamierza dokonać zamachu na światową skalę. Wśród członków MI6 jest tylko jedna osoba, która może go powstrzymać – Will Cochrane, znany (a właściwie nieznany) jako Spartanin.

Dalej idzie gładko, od akcji do akcji, pościgi, bijatyki, zdobywanie informacji. Nie obeszło się też bez kilku zaskakujących zwrotów. Całość napisana przystępnym, wyśmienitym stylem, który sprawia, że czytelnik od razu zostaje wciągnięty w fabułę. 

Nie bardzo mam się do czego przyczepić, może tylko do lekkiego wyidealizowania głównego bohatera, które jednak łatwo da się wybaczyć.

Krótko: zdecydowanie polecam! Każdemu, kto lubi akcję i thrillery, kto ma ochotę na książkę z niebanalną fabułą, obfitującą w częste zwroty akcji, grę na emocjach czytelnika i mnóstwo intryg;)

Rachel, 15 lat

Wydawnictwu Zysk i S-ka dziękuję za pasjonującą lekturę.


poniedziałek, 8 października 2012

„Paskuda & Co.” - Magdalena Kozak - recenzja


„Paskuda & Co.” Magdaleny Kozak to powieść teoretycznie fantasy. Tak się składa, że miałam okazję czytać tę książkę przed premierą (która zresztą wciąż jeszcze się nie odbyła). Byłam ciekawa, czy takie wydanie różni się bardzo od ostatecznego. Osobiście wielkich różnic nie zauważyłam :)

Ale przejdźmy do rzeczy. „Paskuda & Co.” To książeczka niewielka, niegruba, czyta się łatwo i szybko. Jak pisałam, jest teoretycznie powieścią fantasy. Teoretycznie, ponieważ już po kilku stronach natrafiamy na rzeczy dziwnie nam we współczesnym świecie znajome.  I tak mamy księżniczkę zamkniętą w wieży, której pojawiają się pryszcze na twarzy, mamy pilnującego ją Strażnika i smoka, a dokładniej smoczycę, która wabi się „Pusia”. 

Co więcej, księżniczka wcale nie chce zostać uwolniona przez któregoś z tych nadętych bubków, rycerzy, a ze swoim Strażnikiem gra w okręty. Nie umie też wcale haftować ani przekonująco wołać „Pomocy!”. Wieża jednak, jak się okazuje, nie jest tak nudnym miejscem, jak mogłoby się wydawać…

Książka składa się niedługich rozdziałów - opowiadań, luźno ze sobą powiązanych. Pod względem stylu nie mam nic do zarzucenia, czyta się szybko i przyjemnie, z często pojawiającym się uśmiechem na ustach.

Jedyne, co rzuciło mi się w oczy to przekleństwa. Myślę, że tę książkę mogliby czytać zarówno mali jak i duzi, a te słowa pojawiły się w sytuacjach, moim zdaniem, zupełnie tego niewymagających, psując nastrój. Sądzę, że łatwo dałoby się je zastąpić innymi, nie tak mocnymi wyrażeniami, więc nie widzę powodu, by ich używać. I to wszystko, co mam do zarzucenia.

Jedyne, czym mogę zakończyć tę recenzję: polecam! Książka lekka, łatwa i przyjemna, dobra do zrelaksowania się po szkole (po pracy pewnie też). Myślę, że warto wprowadzić w nasze życie trochę radości!

Rachel, 15 lat

Wydawnictwu Fabryka Słów dziękuję za możliwość przeczytania książki.

wtorek, 18 września 2012

"Moja siostra jest gwiazdą pop" - Kimberly Greene - recenzja


„Moja siostra jest gwiazdą pop” to przezabawna powieść Kimberly Greene, wydana w Polsce przez Akapit Press.

Moja siostra jest gwiazdą pop - Kimberly GreeneTym razem, co niezwykłe, to nie główna bohaterka, Sam, jest w centrum uwagi wszystkich. Nie. Ona jest „tylko” młodszą siostrą gwiazdy na światową skalę, Danni. Dotąd ich matka z trudem wiązała koniec z końcem, jednak odkąd jej córka stała się piosenkarką, pieniędzy mają pod dostatkiem. Dannia wróciła wreszcie po roku koncertów w różnych częściach świata i teraz przeprowadzają się do nowego, luksusowego domu. A tam… niespodzianka!

Przyznam, że nie jestem wielką fanką tego typu powieści, jednak ta utrzymała całkiem przyzwoity poziom. Ciekawy jest sposób narracji – teoretycznie, trzecioosobowy, w praktyce czytamy również fragmenty z bloga głównej bohaterki. Postacie zostały przedstawione w sposób realistyczny i pasujący do ról, jakie odgrywają. Mamy samotną matkę, gwiazdę, jej siostrę oraz agenta. Poza tym w tle przewijają się również inne postacie, jedne mniej, a drugie bardziej wyraźne.

Polecam! Jeżeli ktoś szuka lekkiej, zabawnej i niezbyt długiej powieści, to ta będzie jak znalazł.

Rachel, 15 lat

Za możliwość przeczytania książki dziękuję księgarni Matras


piątek, 24 sierpnia 2012

"Nieśmiertelność. Wieża" - Wolfgang Hohlbein - recenzja


Wolfgang Hohlbein – niemiecki pisarz fantasy, autor wielu bestsellerów. Jego dzieła przetłumaczono na prawie czterdzieści języków.

Ziemia za wiele tysięcy lat. Planeta zmieniła się nie do poznania, ludzkość zresztą też. Nad, być może, jedynym miastem wznosi się ogromna, czarna wieża. Mieszka w niej „kasta uprzywilejowana” – księżniczka Arion, klon poprzedniej królowej, myszczury i rada. „Duszą” samej budowli jest R’Archernon, który uparcie twierdzi, że określenie „komputer” w odniesieniu do niego nie jest całkiem poprawne. 

Wieża została otoczona Ścianą – barierą, którą wielu nieskutecznie próbowało sforsować – odgradzającą ją od Oblężenia; miasta, w którym rządzą klany. Po raz pierwszy od długiego czasu zostały zjednoczone przez jednego przywódcę: Craidena, który szykuje się do walki z Wieżą i zamieszkującymi ją istotami.

Trudno było mi zdecydować, czy „Wieża” to powieść bardziej s-f, czy też fantasy. Technologia została rozwinięta do takiego poziomu, że przez niewtajemniczonych nazywana jest „technomagią”, a pamięć o tym, jak właściwie funkcjonuje, zaginęła. Niemniej jednak mamy do czynienia z superinteligencją komputerową (sorry, R’Archernonie), podróżami międzygwiezdnymi, bronią zdolną niszczyć całe planety. A także barbarzyńcami wymachującymi mieczami, jeżdżącymi konno – czy raczej na czymś, co konie przypomina tylko z nazwy – i starających się zbuntować przeciwko siłom, których nie rozumieją.

Fabuła rozwija się z punktu widzenia czterech postaci; sporadycznie pojawia się także kilka innych. Początkowo czytelnik zupełnie nie wie, co się dzieje, i dopiero w trakcie czytania sytuacja zaczyna się rozjaśniać. Nic jednak nie wskazuje na wielkie „bum”, jakie czeka nas pod koniec… no, ale o tym przekonajcie się sami.

Zdecydowanym plusem „Wieży” są realistycznie nakreślone postacie. Mamy księżniczkę, (niemal) wszechwiedzący komputer (ups, znowu), przywódcę klanów walczącego o poprawę sytuacji swojego ludu i wiele innych. Także postacie, które pojawiają się tylko parę razy, nie są bynajmniej schematyczne. Większość rzeczy nie zostaje wyjaśnionych wprost, lecz trzeba się ich domyślać z dialogów, urywków historii i myśli bohaterów. Zdecydowanie nie jest to książka dla tych, którzy w trakcie czytania wyłączają myślenie.

Cóż mogę powiedzieć więcej? Chyba tylko tyle: polecam! Dla tych, którzy przepadają za science-fiction, jest to pozycja wręcz obowiązkowa.

Rachel, 15 lat

Za rewelacyjną powieść dziękuję Wydawnictwu Telbit.

czwartek, 14 czerwca 2012

"Klątwa Złotego Smoka" - Agnieszka Stelmaszyk - recenzja



Kroniki Archeo. Klątwa złotego smoka - Agnieszka Stelmaszyk„Klątwa Złotego Smoka”, autorstwa Agnieszki Stelmaszyk, to czwarta część „Kronik Archeo”. Dla mnie była ona pierwszą – co ani trochę nie przeszkadzało w lekturze.

Ale po kolei. Akcja  książki zaczyna się już od pierwszego rozdziału. Trafiamy na aukcję japońskich dzieł w Londynie. Tuż po licytacji malowidła zostają skradzione – i to przez nikogo innego, jak najprawdziwszych ninja. Niedługo potem pojawia się kolejna kradzież. I tak krok za krokiem, strona po stronie, odkrywamy tajemnicę wyrwaną wprost z japońskich legend.

Mam taki nawyk, że zaczynam zwykle od minusów – tak po to, żeby później dało się powiedzieć coś miłego. W tej książce nie było ich wiele. Po pierwsze to, że gdzieś od połowy wiemy już, kto za tym wszystkim stoi. To psuje efekt zaskoczenia jaki powinien pojawić się na końcu. Po drugie, postaci. Jest ich sporo i być może przez to, nie zostały dokładnie opisane. A może dlatego, że czytam czwartą część bez znajomości poprzednich, tak mi się wydaje. W każdym razie, miałam wrażenie, jakby poszczególni bohaterowie zlewali się ze sobą, brakowało im głębi. Minusem jest także zakończenie – w moim odczuciu – nie do końca satysfakcjonujące.

A teraz to, co należy pochwalić. Zdecydowanie jest to wykonanie i oprawa graficzna książki. Ładna, barwna okładka to tylko przedsmak tego, co czeka na nas w środku. Kiedy, czyli dość często, w tekście pojawia się jakieś obce określenie, otrzymujemy śliczny rysunek wraz z dokładnym wyjaśnieniem. Nawet i bez tego pojawiają się obrazki, ładnie wkomponowane w historię. Kolejną rzeczą jest solidne przygotowanie. Część fabuły rozgrywa się Japonii, część w Anglii i oba te kraje zostały przedstawione w bardzo realistyczny sposób. Sama zagadka również jest niczego sobie.

Mam takie wrażenie, że gdybym była tak ze trzy lata młodsza, książka niesamowicie by mi się spodobała. Obecnie mogę tylko z uśmiechem powiedzieć: „Niezła”. Lekka lektura, po którą można sięgnąć, a można nie – za to na pewno należy polecić ją młodszemu rodzeństwu.

Rachel, 15 lat



Za spotkanie z książką dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.


poniedziałek, 21 maja 2012

"Edda" - Conor Kostick - recenzja


Conor Kostick – pomysłodawca pierwszej na świecie gry LARP (ang. live action role-playing). „Edda” to ostatnia część napisanej przez niego trylogii „Kroniki Awatarów”.

Penelopa jest ostatnią istotą ludzką pozostałą na Ziemi. Większość czasu spędza w rzeczywistości wirtualnej – grze o nazwie Edda. Tymczasem jej ciało jest utrzymywane przy życiu przez Lorda Scanthaxa – samoświadomy program, wykorzystujący dziewczynę jako broń w swoim uniwersum. Penelopa tęskni jednak za innym ludźmi i coraz mniej ufa swojemu komputerowemu opiekunowi…

„Edda” to doskonałe podsumowanie całej poprzednich dwóch części „Kronik Awatarów” – „Epica” i „Sagi”. Oprócz Penelopy, swoją rolę odegrają także bohaterowie poprzednich tomów: Erik, grający postacią Cindelli, oraz Zjawa. Tym razem akcja nie jest ograniczona do jednego uniwersum; przeciwnie, przewija się przez aż pięć różnych światów-gier, ostatecznie łącząc je wszystkie w całość. Wreszcie dowiadujemy się co dokładnie zdarzyło się na Ziemi oraz jakie są dalsze losy ludzi i ich kolonii.

Książka utrzymuje w napięciu przez cały czas, w różny sposób. Czasem są to barwne opisy walki, kiedy indziej emocjonalne rozterki bohaterów – wszystko to napisane lekkim, przyjemnym do czytania stylem. Zakończenie jest satysfakcjonujące, pozostawia po sobie jedynie miłe wspomnienia i może skłania do chwili refleksji.

Zdecydowanie jest to idealne zwieńczenie trylogii. Polecam!

Rachel, 15 lat

Wydawnictwu Telbit dziękuję za możliwość przeczytania tej książki!